Coober Pedy – podziemne miasto

Coober Pedy. Podziemne miasto pośrodku outbacku

 

Od roku nie spadła ani kropla i wszyscy liczyli na upalne lato, a wraz z nim solidne burze. Upały jednak nie nadchodziły. Mieszkańcy byli rozczarowani.
Nieco odmiennie aurę odczuwało kilku przyjezdnych, w desperacji poszukujących w mieście cienia i odrobiny ochłody. Cienia jednak nie było. Ani drzewa, nic co dawałoby chociaż trochę wytchnienia od żaru lejącego się z nieba. Po horyzont pustynia porośnięta gdzieniegdzie kępkami suchych krzaków.
Nieliczne, małe budyneczki również nie dawały szans na ratunek. Miasto wtapiało się idealnie w otaczający go, do bólu suchy krajobraz. Domy, kawiarnie, hotele, sklepiki, księgarnia i kilka kościołów, wszystko ukryte było pod ziemią. Na powierzchni pozostał supermarket i kilka ulic nieciekawych, niskich domków. Z okolicznych pagórków wystawały jedynie wywietrzniki świadczące o nieco liczniejszej populacji miasta niż ta, której spodziewać można by się po zabudowaniach. W końcu gdzieś tu musiało się ukrywać blisko dwa tysiące mieszkańców!

047 046050

 

Ciężko wyobrazić sobie to miejsce, ale spróbujmy. Jeśli widzieliście Mad Maxa lub Priscillę, Królową pustyni to jesteśmy już blisko. Tu kręcono fragmenty obu filmów. Jeśli nie mieliście okazji poznać tych dzieł światowej kinematografii, wyobraźcie sobie mniej czerwoną wersję Marsa, kamienistą pustynię, usianą setkami dziur i wykopów, w które łatwo wpaść. Zero zieleni! Nawet pole golfowe nie ma tu ani źdźbła trawy.

030 (2) 023 018 020
Poczujcie ten klimat. Potworny żar i suchość. Coober Pedy uraczy was wilgotnością około 20%, co przy średniej 70-80%, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce, sprawi, że każdą komórką organizmu będziecie prosić o wodę.
Jesteśmy pośrodku pustkowia. Najbliższe duże miasto to Alice Springs, ponad 680 km i 7 godzin jazdy na północ lub w kierunku południowym Port Augusta, na drodze do Adelaide. Jedyne 540 km.

Kto mógłby chcieć tu zamieszkać? Szaleni poszukiwacze złota i opali, a takich na początku XX wieku nie brakowało. Dołączali do nich żołnierze wracający z pierwszej wojny, poszukujący zarobku. Ratując się od potwornego gorąca, a także z braku jakiegokolwiek budulca, zaczęli kopać w ziemi schronienia na wzór okopów. Te zapoczątkowały podziemne miasto. Nazwa Coober Pedy pochodzi właśnie od aborygeńskiego “kupa-piti”, czyli biały człowiek w dziurze. To niegościnne miejsce jest obecnie domem dla niemal 2 000 mieszkańców, z 45 krajów. Większość osiedliła się tu dla opali, najbogatszych złóż opalu na świecie.

W podziemnych domach, zwanych “dugouts”, panuje stała temperatura 21-25 C. Na ogół brak w nich okien, ale poza tym mają same zalety. Buduje się je szybko i łatwo. Pozwolenie na budowę lub powiększenie domu uzyskuje się od urzędu miasta, który pilnuje żeby nie wkopać się do sąsiada. Między “posiadłościami” powinny zostać przynajmniej 4 metry ziemi. Duży pokój powstaje w tydzień, potem pozostaje posprzątanie urobku, co może zająć około miesiąca. Podczas budowania domu można się dodatkowo wzbogacić. Wiele osób trafiało podczas wykopek na żyłę opalu.

041 033

Trzeba mieć jednak szczęście aby trafić na ten najcenniejszy. Najbardziej popularny jest bowiem opal szaromleczny, niestety bezwartościowy. Tymczasem im bardziej kolorowy i skrzący, tym cenniejszy. Każdy może spróbować szczęścia, udając się na publiczne góry urobku, gdzie przyjezdnym wolno grzebać do woli. To tak zwany “noodling” , atrakcja której większość turystów sobie nie odmawia. Oczywiście większość skał jest już dokładnie i po wielokroć przejrzana, ale wciąż trafiają się kawałeczki cennych kamieni. Po dwóch godzinach przerzucania kamyków i wspinania się na kolejne kopce mieliśmy już jednak dość, ale nagroda była! Łukaszowi udało się znaleźć kilka cennych okruszków, które zabraliśmy ze sobą na pamiątkę 🙂

NoodlingNoodling
 

Trudno wyobrazić sobie, że na początku osadnictwa znajdowano tu duże opale leżące sobie luzem na ziemi. Wkrótce, gdy wyzbierano to co na powierzchni, zaczęto kopać ręcznie, a w latach 50-tych wprowadzono maszyny. Teraz używa się wielkich “odkurzaczy” wysysających urobek na powierzchnię. Z biegiem lat sukces nie jest już jednak tak pewny. Aby próbować szczęścia trzeba zainwestować około 50 tysięcy dolarów w maszyny. Jakości złóż opalu nie da się jednak oszacować, nie ma więc pewności zwrotu z inwestycji. Czysta loteria! Dlatego duże firmy nie angażują się w wydobycie. To zajęcie dla małych, kilkuosobowych grup. Z tysięcy zapalonych poszukiwaczy obecnie w Coober Pedy mieszka jedynie kilkudziesięciu górników profesjonalnie zajmujących się wydobyciem. Koszty sprzętu i rosnące ceny paliwa oraz niepewność zysku, sprawiają, że tylko najśmielsi podejmują ryzyko.

Życie jest tu ciężkie. Do niedawna prąd pochodził jedynie z generatorów. Powoli wprowadzane są jednak panele słoneczne i trwają rozmowy rządu z firmami energetycznymi, aby zapewnić miastu regularne dostawy. Nie jest to jednak takie proste, ponieważ koszty takiej inwestycji będą pokaźne a zwrot niepewny.
Prąd, tak jak i woda są tu bardzo drogie. Woda z podziemnych źródeł podróżuje do ogromnego zbiornika pod miastem, ale aby być zdatna do picia musi być odsalana. Większość produktów spożywczych też jest tu sprowadzana z daleka. Jedyne czego w Coober Pedy nie brakuje to kurz i upał.

 
 

 

Informacje praktyczne:

 

 Spanie:

W Coober Pedy na turystów czeka kilka hoteli i hosteli. Wszystkie oferują podziemne pokoje. Dla bardzo oszczędnych i przygotowanych na nieziemskie upały istnieje pewne półlegalne miejsce, o którym dowiedzieć się można z aplikacji WikiCamps. To podwórko zwariowanego, sympatycznego lokalsa. Za kilka dolarów możemy zaparkować, rozbić namiot i skorzystać z sanitariatów. Porady i zabawne opowiastki właściciela gratis! Aby tam trafić trzeba kierować się na Op shop (clothes barn), pod adresem LOT 1373 Marquardt Road.

 

Co zobaczyć:

Poza podziemnymi domami i kilkoma kościołami, do wyboru mamy dawne kopalnie, muzea i sklepy z opalami. No i poszukiwanie skarbów, czyli noodling 🙂
Do najbardziej uroczych atrakcji należy jednak kangurzy sierociniec, prowadzony przez Terry’ego i jego żonę. Trafiają tu maluchy, których matki zginęły potrącone na drodze. Kangurzątka karmione są z butelki ze smoczkiem, noszone w “torbie”, a niektóre śpią z właścicielami. Maluszki są przesłodkie, zwłaszcza kiedy uczą się skakać. Kangurki początkowo nie panują nad kierunkami i siłą skoku. Każdy ruch jest więc komicznie nieporadny. Wśród dorosłych kangurów Terry’ego jest też jeden, który słynie w okolicy z tajemniczych zdolności wykrywania raka skóry. Właściciele zapewniają, że gdy Bella wyczuje chorobę, zaczyna energicznie lizać podejrzany fragment skóry.

008 010 004

W okolicy nie można pominąć także słynnego dingo fence, najdłuższej konstrukcji zbudowanej przez człowieka, o którym pisaliśmy w tym wpisie.
Przecina on płaski, całkowicie księżycowy krajobraz Moon Plains, gdzie nie uświadczymy żadnych oznak życia (tym bardziej szokuje, że mogą być tu jakieś dingo). Jeśli okolice Coober Pedy wydawały nam się tragicznie suche i niegościnne, Moon Plains okazały się jeszcze gorsze. Niedaleko znajdują się Breakaways, bajecznie kolorowe pagórki i formacje skalne, przywodzące na myśl niektóre Islandzkie cuda natury. Te surrealistyczne krajobrazy grały w wielu filmach, takich jak Mad Max, Priscilla czy Czerwona Planeta.

046 (2)

 Dingo fence i Moon Plains
Breakaways
                                                                                           Breakaways

 

 

  • Wow, ale fajne miejsce! Nie udało nam się tam dotrzeć niestety, ale nic straconego – z takim poradnikiem na pewno następnym razem się uda 😉 dzięki!

    • Admin

      Koniecznie! Coober Pedy jest kosmiczne 😉