Magia Uluru

Wielka, magiczna czerwona skała wyrastająca z płaskiej pustyni. Ten widok zna chyba każdy.  Uluru to z pewnością najbardziej znana “pocztówka” Australii, wymieniana jednym tchem z operą w Sydney i kangurami jako symbol tego dziwnego kontynentu. Skała była tu jednak pierwsza i ze względu na swoje znaczenie, malowniczość i wiek właśnie, uznawana jest za najważniejszą ikonę Australii.

Uluru ma w sobie moc.  Tą energię niektórzy tłumaczą umiejscawianą tu czakrą, inni świętością tego miejsca dla Aborygenów. A może to po prostu siła mitu? Warto przyjechać i sprawdzić to na własnej skórze. 🙂

 

Fakty i Mity

Nestorka liczy sobie jakieś 600 milionów lat, 348 metrów wysokości i ponad 9 km obwodu. Najciekawsze jednak, że podobnie jak góra lodowa, prezentuje widzom tylko mały kawałeczek swoich gabarytów. Naukowcy twierdzą, że skała sięga aż 2,5 km w głąb ziemi. Rozmiary te wydają się jeszcze bardziej imponujące gdy przypomnimy sobie, że Uluru jest monolitem. Wbrew obiegowym przekonaniom nie jest jednak największym monolitem świata. Ten zaszczytny tytuł należy do mało znanej Mt. Augustus w Zachodniej Australii.

Uluru, nazwana przez Europejczyków Ayers Rock, jest miejscem świętym dla zamieszkujących te ziemie Aborygenów Anangu. Skała jest istotną częścią ich kultury i wierzeń, mających swój początek w Czasie Snu/Marzeń (Dreamtime). Aborygeni wierzą, że w mitologicznym czasie snu bóstwa i przodkowie totemiczni ukształtowali świat. Niemal każdy naturalny punkt orientacyjny, skała o nietypowym kształcie, czy strumień mają swoją historię przekazywaną ustnie przez pokolenia lokalnych plemion. Wielki Emu, który uderzył dziobem w skałę tworząc przełęcz w Grampianach, czy bitwa jadowitych węży z kobietą pytonem, która pozostawiła ślady na Uluru, to tylko niektóre przykłady.

Zgodnie z aborygeńskim zwyczajem historie te mogą być opowiedziane tylko w miejscu, w którym się „wydarzyły”. Co więcej, niektóre opowieści przeznaczone są tylko dla kobiet lub mężczyzn i opowiedziane mogą być tylko przez tą samą płeć. Historie z Czasu Snu pomagały nauczać właściwych dla roli społecznej umiejętności, a inicjacja obu płci polegała na przekazaniu wiedzy przydatnej do przetrwania. W zachowaniu przekazu znaczenie ma nie tylko miejsce, ale i sposób opowiadania. Biali Rangers’i, którzy zostali przez Anangu upoważnieni do przekazania turystom kilku historii o Uluru, muszą opowiedzieć je w sposób jaki robili to Aborygeni.

Turystom nie wolno także fotografować niektórych, szczególnie ważnych dla Anangu części Ayers Rock. Dla nas skała wygląda w każdym miejscu prawie tak samo, ale dla Aborygenów te formy i zagłębienia opowiadają świętą historię. Wierzą, że zdjęcia tych fragmentów umieszczone w Internecie lub pokazane w innych częściach świata, sprawiłyby, że ich opowieść można by poznać poza Uluru, jej właściwym miejscem. Osoby nieuprawnione interpretowałyby ich historię zaklętą w kamieniu i wypaczały jej znaczenie. Dlatego uprzejmie proszą o powstrzymanie się od fotografowania niektórych części Uluru.

 

Wchodzić czy nie?

Uluru jest także symbolem walki Aborygenów o to co im się należy. Dopiero w 1985 roku rząd postanowił zwrócić Anangu ich świętą skałę i sąsiednie Kata Tjuta (formacje, objęte tym samym parkiem narodowym). Wcześniej uznano oryginalną nazwę Uluru, na równi z Ayers Rock. Warunkiem zwrotu ziem była jednak zgoda na 99 lat rządowej dzierżawy. Aborygeni nie mieli zapewne wyboru, chociaż oni także postawili swoje warunki. Jednym z nich było wprowadzenie zakazu wchodzenia na Uluru. Ta obietnica nigdy nie została dotrzymana.

Wejście na szczyt nie jest zakazane, bo rząd boi się odpływu turystów, ale na ulotkach i licznych tablicach informacyjnych zobaczycie apel Anangu „PROSZĘ, nie wchodźcie na Uluru. To miejsce jest dla nas święte”.

Nam to wystarczy. I coraz większa ilość turystów dziś już nie wspina się na górę. Zamiast zdjęć ze szczytu chwalą się w domu koszulkami z napisem „I didn’t climb Uluru”. I to jest pozytywny trend!

Tym, którzy chcieliby jednak zrobić sobie zdjęcie na Uluru, warto uświadomić raz jeszcze, że dla Anangu to miejsce kultu. A sami nie chcielibyśmy raczej aby ktoś przyjechał w nasze strony skakać po naszych grobach, załatwiać się w kościele, albo obmacywać relikwie. A to właśnie robią turyści na Uluru. Nie dość, że depczą świętość, to załatwiają na niej swoje potrzeby (wycieczka trwa parę godzin, a po drodze nie ma toalety).

Jeśli to nie wystarczy, dodam tylko, że mimo zainstalowanych łańcuchów wspinaczka nie należy do najłatwiejszych. Szlak jest stromy i śliski. Co roku zdarzają się poważne wypadki, a nierzadko także przypadki śmiertelne. W przypadku silnego wiatru, temperatur powyżej 36 C (większa część lata) lub innych niesprzyjających warunków, szlak jest zamykany.

 

Uluru z bliska i przeklęte kamienie

Strażnicy parkowi codziennie organizują bezpłate spacery wokół Uluru. Skałę można też objechać samochodem. Warto, bo z każdej strony wygląda inaczej. Pozornie gładka powierzchnia z bliska ukazuje pionowe paski, mnóstwo wgłębień, jaskiń i malowideł naskalnych.

Żeby poczuć magię Uluru trzeba zostać w parku przynajmniej na jeden wschód i zachód słońca. Ze specjalnie do tego wyznaczonych miejsc, można podziwiać jak skała zmienia kolory przechodząc od odcieni pomarańczowego, przez intensywną czerwień, po ciemny brąz. To jest właśnie ta chwila, o której marzy każdy fotograf 🙂

Na miejscu znajduje się też małe centrum informacyjne. To co w nim najciekawsze to historie przeklętych kamieni. Na widok publiczny wystawiono tu listy od ludzi z różnych stron świata, którzy zwracają wywiezione z parku kawałki Uluru. Wszyscy opisują jak kamyki przyniosły im pecha, powodując serię nieszczęśliwych wydarzeń, których nie da się wyjaśnić w żaden logiczny sposób. Straszak czy prawdziwa przestroga, ja bym się na taką pamiątkę na wszelki wypadek nie skusiła.

 

Informacje praktyczne:

Wstęp do wspólnego parku Uluru – Kata Tjuta kosztuje 25 USD od osoby, a bilet upoważnia do wstępu przez 3 dni.

Tuż przy parku powstało małe miasteczko Yulara z hotelami, supermarketem i  stacją benzynową. Wszystko jest tu jednak bardzo drogie. W obrębie i okolicach parku brak tanich noclegów, ale można próbować nocować na dziko kilkanaście km od Yulara w krzakach przy głównej drodze. Tak przynajmniej robi większość backpackersów z własnym transportem. W samym parku obowiązuje ściśle egzekwowany zakaz zostawania po zachodzie słońca.

Około 30 km od Uluru leży Kata Tjuta (Olgas), masywne, czerwone buldery, będące świętym miejscem mężczyzn Anangu. Dostępnych jest tu kilka pieszych szlaków, z czego najbardziej znany prowadzi przez Dolinę Wiatrów (Valley of the Winds). Pełna pętla liczy 7 km, ale zajmuje podobno około 3 godzin. Podobno, bo ze względu na niesamowity upał wycofaliśmy się w połowie trasy. Gdy temperatura przekracza 36 C szlak jest zamykany. Jeśli jednak, tak jak my rozpoczniecie wycieczkę odpowiednio wcześnie, bramki powinny być jeszcze otwarte. Na trasie jest ujęcie pitnej wody, ale weźcie przynajmniej litr ze sobą.

.

 

No Comments Yet.

Leave a comment

*