Kopalnie Potosi

Do miasta przyjechaliśmy późną nocą. Na drogach przywitały nas resztki barykad, pozostałości strajku generalnego trwającego w mieście przez ostatni miesiąc. Protesty zakończyły się niecałe dwa dni temu, bez efektu.

Przez 29 dni miasto było kompletnie sparaliżowane. Nie jeździły autobusy, taksówki, sklepy i restauracje były pozamykane. Nie działały urzędy ani szkoły. Dodatkowo do miasta nie dało się ani dojechać ani, co gorsza z “turystycznego” punktu widzenia, z niego wyjechać.

Żeby chociaż trochę zrozumieć sytuację, wdajemy się w ciekawą rozmowę z taksówkarzem, który wiezie nas z dworca autobusowego po całkowicie opustoszałych ulicach, zręcznie lawirując między spalonymi oponami i stosami , dopiero co odsuniętych z drogi, kamieni.

– Widzicie tą górę? Od pięciu wieków Potosi wydobywa z niej srebro. Kiedyś miasto było bogate, teraz wszystko zabiera rząd! Minerały się kończą, jak rząd nie sprowadzi tu przemysłu za kilka lat nie będzie pracy. Młodzi wyjeżdżają, nie widzą tu perspektyw. Chcemy szpitala, lotniska i dobrej drogi do miasta. Może turystyka ożyje. Teraz jesteśmy “za daleko” dla turystów. Wolą pojechać do Sucre, La Paz i Uyuni.

– I protesty nic nie przynoszą?

– Nic, poprzednio byliśmy w La Paz z pokojową demonstracją. Zanieśliśmy swoje prośby, chcieliśmy porozmawiać z rządem. I co? Policja zaatakowała nas gazem i armatkami wodnymi. Chłopaki naprawdę nie chcieli, ale musieli się jakoś bronić, dobrze, że mieli ze sobą trochę dynamitu z kopalni ….

Wizja pokojowej demonstracji uzbrojonej w dynamit jakoś do nas nie przemawiała.
W Boliwii byliśmy kilka lat wcześniej i co chwila natrafialiśmy na jakieś protesty. W La Paz słychać było wystrzały z broni, w Uyuni niezadowoleni z braku prądu mieszkańcy zablokowali drogi dojazdowe do miasta. Boliwia dała nam się poznać jako kraj w wiecznym kryzysie.

Tak samo ponury obraz Potosi wyłaniał się z rozmowy z napotkanym w mieście górnikiem. Złoża Cerro Rico (hiszp. Bogaty szczyt), góry dzięki której powstało Potosi pięćset lat temu i której zawdzięcza swoje dawne bogactwo, wyczerpują się. Poza górnictwem w mieście nie bardzo jest gdzie pracować a turystyka, pomimo sławnych wycieczek do kopalni, chyba miasta nie utrzyma. Kolonialna zabudowa lata świetności ma za sobą. Ślady dawnej wielkości miasta widać jednak na każdym kroku. Bogato zdobione niegdyś domy, liczne kościoły i klasztory szczelnie wypełniają historyczne kwartały miasta.

image

image

Bogactwo to okupione jednak było cierpieniem i śmiercią. Legenda głosi, że ze srebra wydobytego z Cerro Rico można by zbudować most pomiędzy Potosi i Hiszpanią. Drugi taki most można by zbudować z kości indian, którzy zginęli przy wydobyciu i oczyszczaniu srebra. Praca w kopalniach była bardzo ciężka i niebezpieczna, a niewolnicy oczyszczający drogocenny metal przy użyciu rtęci, nie dożywali zazwyczaj trzech miesięcy. Pracując w oparach rtęci nieszczęśnicy najpierw tracili włosy i zęby, następnie wzrok, by wkótce potem umrzeć w męczarniach.

Skarbiec Królestwa Hiszpanii ciągle domagał się jednak srebrnych monet. Za ich jakość wyznaczona osoba w mennicy odpowiadała głową . Każdego tygodnia jedna z wybitych monet była odkładana do specjalnej kasety. Pod koniec roku zapieczętowaną skrzynię wysyłano do Hiszpanii gdzie sprawdzano próbę srebra każdej monety. Jeśli choć jedna nie spełniała wymogów, “kontroler” ich jakości w Potosi był ścinany. Fascynującą historię Potosi i srebra Cerro Rico usłyszeć można w Casa de Moneda, zdecydowanie najciekawszym muzeum w mieście i jednym z ciekawszych w kraju.

Żeby naprawdę zrozumieć Potosi trzeba jednak wybrać się do jednej z wciąż działających kopalni Cerro Rico.

image

– Co to za ciemne plamy nad wejściem?
– Krew lamy. Składamy je w ofierze dla duchów góry. Ilość krwi w kopalni musi się zgadzać, im więcej krwi lam tym mniej ludzkiej – mówi całkiem serio przewodnik, były górnik, podczas gdy powoli zagłębiamy sie w ciemne chodniki La Candelarii, jednej ze starszych kopalni pracujących w Cerro Rico.
Starannie ułożone kamienie stemplujące chodnik pamiętają jeszcze czasy kolonialne. Na razie możemy iść prawie wyprostowani, niedługo jednak chodnik zwęzi się i obniży, a kamienne wzmocnienia ustąpią miejsca drewnianym, gdzieniegdzie zerwanym stemplom. Środkiem biegną szyny, którymi raz po raz przepychane są wagoniki. Do kopalni wchodzimy z dwoma przewodnikami. Jeśli ktoś poczuje się słabo albo nie będzie chciał dalej iść jeden z przewodników wyprowadza go, a grupa idze dalej z drugim.

– Cała praca w kopalniach wykonywana jest ręcznie, dzięki temu więcej ludzi ma pracę – odpowiedź na pytanie czemu w kopalniach nie używa się maszyn była cokolwiek zaskakująca. Niedawno pojawiła sie co prawda jakaś firma używająca przy wydobyciu maszyn, ale wśród górników wzbudza sporą niechęć.
– Teraz pracujemy tylko dla siebie. Dostajemy tyle pieniędzy ile minerałów wydobędziemy z góry. Nikt nas do pracy nie zmusza, ale nie zawsze tak było. Kiedyś kopalnie należały do zagranicznych koncernów, musieliśmy pracować dla nich za marne pieniądze. Teraz kopalnie są rządowe, ale pracujemy w nich na własny rachunek płacąc państwu część z zysku za minerały, które wydobędziemy. Górnicy to dumni ludzie i jesteśmy dumni z tego co robimy, z naszej pracy. Nie wierzcie tym co mówią, że pracujemy w kopalni z biedy. Przyjechał tu kiedyś fotograf z Europy, mówił że chce zrobić reportaż o ciężkim życiu w kopalniach. Gdy usłyszał to co Wy teraz, nie chciał już wchodzić do środka. Kazał się zabrać do miejsca gdzie może sfotografować prawdziwą biedę i wyzysk.

Życie górników nie jest jednak łatwe. Ciężka praca i warunki w jakich jest wykonywana powodują, że większość z nich dożywa średnio 40-tu lat. Mimo to, jak twierdzą nie zamienili by swojej pracy na inną.

Zagłębiając się w czeluściach La Candelarii, raz po raz napotykamy pracujących ludzi. Rozdajemy prezenty zakupione rano na targu górników, które zwyczajowo przynosi się do kopalni: liście koki, napoje, dynamit ( bez problemu do kupienia na wspomnianym targu) i detonatory. Górnicy wydają się zadowoleni z odwiedzających ich wycieczek. Chętnie opowiadają o swojej pracy i odpowiadają na pytania.

image

Targ górniczy

Po godzinie marszu docieramy do posążka przypominającego siedzącego diabła. Dobrze wyposażony w męskie atrybuty, w jednej ręce trzyma flaszkę, w drugiej papierosy. Na jego nogach i pod stopami leżą liście koki.

image

– To jest Tio. Wszystko co jest we wnętrzu góry należy do niego. Jeżeli coś z niej zabieramy to dlatego, że on pozwala nam to zabrać, ale w zamian musimy mu coś dać.
Jak się łatwo domyślić Tio najbardziej lubi pić i palić, liśćmi koki też nie gardzi, więc co piątek górnicy znoszą mu nowe dary, zależne od tego jak udany był tydzień.

– Zbieramy się tu co piątek po południu. Jeśli tydzień był dobry przychodzimy i mówimy:”Dziękujemy Ci Tio, to był naprawdę dobry tydzień, tu masz flaszkę i papierosy” po czym razem pijemy za dobry czas. Jak tydzień był kiepski mówimy: “No Tio, tym razem było słabo, może nie daliśmy Ci ostatnio wystarczająco dużo fajek i Ceibo (96% alkohol), tu masz flaszkę i paczkę papierosów, postaraj się lepiej w następnym tygodniu”, po czym pijemy razem za lepszy przyszły tydzień….

Pomimo dość “wygodnych” i przestronnych chodników idzie się ciężko. Wysokość ponad 4100 metrów męczy wszystkich, a przed nami wciąż drugie tyle trasy do przejścia. W tym miejscu połowa naszej wycieczki postanawia zawrócić. Już tylko w czwórkę ruszamy dalej, na drugi poziom kopalni.
Dalej idzie się coraz ciężej. Pot zaczyna spływać po twarzy, oddech staje się szybki i płytki, a przecież nic takiego nie robimy. Ciężka fizyczna praca w takich warunkach zaczyna nam się wydawać nie tyle piekłem, co niemożliwością. Górnikom pomagają liście koki, które żują praktycznie cały czas.

image

Zejście na niższy poziom nie ma nic wspólnego z kopalnianym chodnikiem. Wąskie i strome, bardziej przypomina komin w jaskini niż część kopalni. Żeby się przecisnąć nie raz trzeba iść na czworakach.
– Jak zaczynałem pracę, mając 15 -cie lat biegaliśmy tędy kilkadziesiąt razy dziennie. Płacili nam boliviana za wyniesiony worek.
– Ile ważyły?
– 30 – 40 kilo. Byliśmy mali więc najlepsi, jak widzicie, do tej pracy. Teraz mamy wyciągarkę elektryczną. Jedyną maszynę w kopalni.

image

– To jest mój kuzyn, ewenement w Candelarii – zatrzymujemy się przy kolejnym spotkanym górniku – ile masz lat?
– 56
– A od ilu pracujesz?
– 40-tu….
– No właśnie… Większość od piętnastu lat już by nie żyła.. – krótko podsumowuje nasz przewodnik….

Chodniki drugiego poziomu są znacznie węższe i niższe niż poziom wyżej. Często zarwane jest stemplowanie, a niekiedy w “podłodze” widać dziury wiodące na poziom trzeci. Po godzinie przeciskania się podziemnymi korytarzami docieramy do aktualnie eksploatowanej ściany. Kilku górników w wątłym świetle lamp i potwornym zapyleniu ładuje urobkiem wagonik. Pojedzie do szybu, gdzie jedyna kopalniana maszyna wyciągnie minerały “piętro” wyżej.

image

Po krótkiej rozmowie i rozdaniu reszty prezentów rozpoczynamy powrót.

Dwie godziny później dzienne światło witamy z niekłamaną radością. Przed wejściem kolejni ludzie szykują się do zejścia pod ziemię. Ktoś oliwi kółka mocno wysłużonego wagonika. Życie wokół Cerro Rico toczy się dalej, tak samo od pięciuset lat….

 image

image

 

  • em

    Jak widzę, Wy nie rezygnujecie nigdy w połowie drogi. Łukaszowi się nie dziwie, ale skąd Ty bierzesz na to siły maleństwo?