Gringo jedzie do Amazonii

Snując plany naszej podróży dookoła świata już widzieliśmy siebie wspinających się na niebotyczne szczyty, przedzierających się przez środek amazońskiej dżungli i odkrywających to co jeszcze nieodkryte. Naiwne? Owszem, ale kto zabroni pomarzyć… Tymczasem nawet w tych ” dzikich” krajach wszystko już dawno zostało odkryte, opisane, a zdjęcia i opinie umieszczone na Tripadvisor. Niezbyt romantyczne, ale niestety wiek wielkich odkryć już dawno za nami i tam gdzie było coś ciekawego do odnalezienia już od lat ustawiają się kolejki turystów.

Jest jednak na świecie kilka miejsc naprawdę mało dostępnych. Jednym z nich jest wciąż amazońska dżungla. Okazuje się jednak, że nawet jeśli znajdzie się śmiałek, któremu nie zabraknie odwagi, czasu i zapasu repelentów na dotarcie w wymarzone miejsce, istnieje spora szansa, że nie starczy mu… pieniędzy. Co w takim lesie może kosztować? – ktoś zapyta. Ano, kosztuje niedostępność.
Wynajęcie łodzi, miejscowego przewodnika i tłumacza, zakup zapasów, pozwolenia… a to wszystko pomnożone razy niedostępność właśnie, czyli czas i trudy dotarcia do naszego prawdziwie dzikiego miejsca.

Oczywiście nie każdy od razu chciałby wzorem Cejrowskiego zajadać się zupą z małpy w towarzystwie półnagich łowców głów. Dla przeciętnego gringo wystarczyłoby w zupełności takie półdzikie plemie, gościnne, autentyczne i niezbyt daleko od cywilizacji. Ale żeby nie było jak w jednym z programów dokumentalnych o turystyce do afrykańskich wiosek, gdzie organizatorzy wycieczki każdorazowo zamiatali ślady na piasku po jeepach odwiedzających wioskę, aby każda następna grupa miała właśnie tak upragnione wrażenie dzikości miejsca. Większość z nas chce przecież żeby było bezpiecznie i choć trochę wygodnie, ale żeby mieszkańcy nie biegali w najnowszym modelu adidasów i nie chowali w panice na przyjazd gringo telewizorów. Czyż nie tak ? 🙂

W poszukiwaniu ” autentycznej” dzikości szukaliśmy jak najlepszego dojścia do Amazonii. Do Brazylii, która na brak tropikalnych lasów nie może narzekać, akurat się nie wybieraliśmy. Wenezuela nie miała sprzyjającego politycznie ani ekonomicznie klimatu. Początkowo pomyśleliśmy więc o Peru, gdzie przez tydzień moglibyśmy płynąć barką do słynnego Iquitos, spać w hamaku i wraz z miejscowymi cierpieć niewygody długiej i podobno w sumie nudnej podróży, a na miejscu znaleźć przewodnika, który pokaże nam leśne ostępy. Peru, podobnie jak Boliwia, musiało jednak poczekać, pierwszeństwo oddając krajom, w których jeszcze nigdy nie byliśmy.

Niedostępne lasy Kolumbii. To jest nasza szansa – pomyśleliśmy. Na miejscu musieliśmy jednak zrewidować plany. Trafiliśmy na sezon deszczowy, a nawet w lesie deszczowym nic nie lubi moknąć i niewiele wówczas można zobaczyć. Ponadto jedynym miejscem skąd w Kolumbii stosunkowo łatwo się do dżungli udać jest Leticia, do której z kolei dostaniemy się jedynie samolotem z Bogoty. Niestety nietanim.
Stamtąd jednak rzekami można by dostać się do wymarzonego Iquitos lub w drugą stronę, do brazylijskiego Manaus. Takie przekraczanie granic w dżungli brzmiało kusząco… Następnym razem – obiecaliśmy sobie.

image

Siłą rzeczy naszą ostatnią szansą pozostał Ekwador, gdzie podobno nie było już tak silnych opadów, a dżungla miała być łatwo dostępna. Marzył nam się Park Narodowy Yasuni. Po dłuższych poszukiwaniach okazało się jednak, że o mało uczęszczanych częściach Amazonii nie mamy co marzyć. Dotarcie do nich wymagało najczęściej własnego środka transportu lub sporego budżetu ( a najczęściej jednego i drugiego). Agencje oferowały dwa-trzy miejsca w rezerwacie, gdzie można było przenocować, ale ceny kojarzyły się bardziej z pięciogwiazdkowym hotelem niż z chatką w dżungli. Jedyną dostępną opcją cenową okazał się położony przy granicy z Kolumbią rezerwat Cuyabeno. Położony o dwie godziny autobusem od najbliższego miasta i kolejne dwie łódką, stanowił kompromis między prawdziwą niedostępnością i ceną. Minusem było mnóstwo innych turystów udających się w tym samym kierunku, do jednej z kilkunastu położonych w okolicy Lodge’y.

Ceny za 4 dni z noclegami, wyżywieniem, transportem i przewodnikiem zaczynały się od 230 USD za osobę na dużo ponad 1000 USD kończąc. Wybraliśmy jedną z najtańszych opcji w Caiman Lodge i nie mieliśmy tej decyzji żałować.

image