Omarama – Mekka szybowników

W tym roku sezonu szybowcowego miało nie być, jednak szczęśliwie udało się polatać, w dodatku był to jeden z bardziej udanych sezonów. Najpierw świat z góry podziwiałem w argentyńskim Bariloche, a potem w Omaramie.

Zorganizowanie górskiego latania w Omaramie nie jest specjalnie skomplikowane. Na miejscu działa komercyjna firma, która z radością nas ugości, podstawi gotowy do lotu szybowiec, a potem po nas posprząta. Do dyspozycji dostaniemy instruktora i wykłady teoretyczne w komplecie. Problemem są za to astronomiczne koszty takiej usługi.
Loty w nowozelandzkiej Mekce szybownictwa da się rownież zorganizować za rozsądne pieniądze, a biorąc pod uwagę lokalne warunki i szybowce jakie dostaniemy do dyspozycji koszty latania mogą być porównywalne z polskimi cenami. Wymaga to jednak sporo zachodu, no i pomocy życzliwych osób.
Właśnie dzięki lokalnym szybownikom ( po pokonaniu kilku problemów natury organizacyjno – biurokratycznej) zostałem członkiem tymczasowym Aeroklubu Omarama ( Omarama Gliding Club ) i zaczęła się moja przygoda z szybownictwem na Nowej Zelandii.

Lotnisko i hangary w Omaramie zorganizowane są inaczej niż w Polsce. Każdy hangarowany szybowiec ma swoje wyznaczone miejsce w jednym z trzech długich budynków i każdy jeden szybowiec da się wyhangarować w pojedynkę, bez ruszania innych “latadeł”. Codziennie o 10:00 organizowana jest odprawa meteo w głównym budynku lotniska, po czym zainteresowani lataniem wyciągają swój sprzęt i holują samochodami na start.

Późnowiosenna pogoda, na którą trafiłem w Omaramie jest fantastyczna. Latać można średnio sześć dni w tygodniu w tym zazwyczaj 4-5 pozwalały ( przy moim poziomie wyszkolenia) na wycieczki w wysokie góry. Średnio trzy dni w tygodniu jest fala choć zdarzały sie okresy ( niestety już po moim wyjeździe ) gdzie wiało porządnie przez dziesięć dni z rzędu. Co ciekawe wielu lokalnych pilotów uważa za ciekawsze i preferuje dni termiczne od falowych, kiedy można polatać “nisko” nad górami, a nie “tylko” oglądać świat z sześciu kilometrów.
Przesiadka z wysłużonego Pirata na DuoDiscusa a potem Discusa 2b też miała swoje uroki. Nagle okazało się, że wiatr 100 km/h nie stanowi zasadniczo żadnej przeszkody. Latanie po 200 km/h nie oznacza urwania skrzydeł, a stożek nadlotniskowy może mieć 300 km średnicy 🙂

Pierwsze loty to oczywiście poznawanie lokalnych warunków i co tu dużo mówić, nauka latania trochę na nowo. Tak naprawdę różni się wszystko, od taktyki latania po technikę wykonywania zwykłych zakrętów. Loty przy mocno rzeźbionych zboczach i czasami huraganowym wietrze też wymagają innego podejścia i zdecydowanie więcej uwagi, a przy kilkudziesięciu szybowcach w okolicy praktycznie nie ma czasu na nic innego poza obserwacją terenu i przestrzeni. Większość szybowców jest wyposażona we flarm, ale moje pierwsze doświadczenie z tym urządzeniem nie wypadło pomyślnie. Ostrzeżenia, jeśli w ogóle były, to za późno, żeby zdążyć zareagować, a większość potencjalnie niebezpiecznych sytuacji i tak nie była wykrywana.

Po dwóch lotach falowych, trzech “parterowych” i zdanym “KTP” ( w sumie 17 h) przyszła pora na latanie jednosterem. Wolno mi było latać wyłącznie w stożku dolotowym co w dni falowe i przy osiągach Discusa oznaczało w praktyce brak ograniczeń 🙂

Latanie na fali w Omaramie jest niesamowite. Dostanie się w strefę noszeń falowych wymaga zazwyczaj lotu w silnych rotorach, ale potem mocna, stabilna fala wynagradza powywracane wnętrzności. Przy dobrym wietrze “zrobienie” 5000m przewyższenia nie stanowi najmniejsżego problemu, a nieraz patrząc z tej wysokości w górę można zobaczyć soczewki jeszcze kilka kilometrów nad sobą. Przy zachodnich i południowo-zachodnich wiatrach za pasmami Ben Ohau i Barrier tworzy się silna i stabilna fala umożliwiająca loty na Mt. Cook z prędkościami powyżej 200km/h bez utraty wysokości. Za to przeskakiwanie z fali na falę pod wiatr wymaga sporo uwagi. Silne wiatry powodują, że utrata wysokości przy takim manewrze jest spora (nawet jak lecimy Discusem), a spadnięcie poniżej 9000 stóp owocuje powrotem w strefę rotorów i można szybko skończyć na ziemi. Awaryjnych lądowisk w górach nie ma wiele, a powrót z nich jest koszmarnie drogi. Jeśli to tylko możliwe wysyłany jest samolot i wraca się na holu.

Dni termiczne upływały mi głównie na eksplorowaniu okolicznych dolin i nauce latania przy zboczach. Narzucone ograniczenia nie pozwalały na “dalekie” loty, ale i tak sporo dało się pozwiedzać.
Nawet z “niewielkiej” wysokości widoki są niesamowite, a zabawa przednia zwłaszcza, że poznawanie upodobań i zwyczajów Discusa czasami przysparzało emocji 🙂

image image image image image