Z życia Koczowników

Życie Koczownika nie jest łatwe. Codzień musi znaleźć miejsce do spania i do umycia oraz upolować coś do jedzenia. Proste? Dodajmy, ma być tanio, a najlepiej darmowo. Żelazną zasadą Koczownika jest … nie przepłacać!

Koczownik szuka schronienia

image

Kimże byłby Koczownik tkwiący w jednym miejscu, prowadzący osiadły tryb życia? Potrzebuje zatem Koczownik środka transportu i domu, najlepiej co w raz z nim przemierzałby przestrzenie odległych krajów. Najproścej wzorem ślimaka dom swój na plecach nosić i stawać obozem na noclegi… Koczownik czasem rozbija więc namiot, ale dom to w wietrznych warunkach niepewny i czasem przy deszczach  przeciekający. Koczownik, nawet najtwardszy, nie lubi budzić się w kałuży.

Koczownika nie uszczęśliwia też gdy spore ma do pokonania odległości, a dnia nie starcza na poszukiwanie dogodnego miejsca na obozowisko. A tych ( zwłaszcza tanich lub darmowych) wiele nie ma. Koczownik bowiem nie wszędzie jest mile widziany. Jest raczej jak bezdomny kot. Nigdy pewien być nie może czy z właśnie znalezionego dogodnego legowiska nie przegoni go twarda ręka nadzorcy (wlepiająca mu mandat na do widzenia).

Rozwiązaniem jest zatem dom na kołach, zdolny Koczownika w odległe rejony zawieźć i dać mu schronienie w razie deszczu czy wiatru. Pozyskanie takiego domu nie jest trudne, ale miało być tanio. Rozgląda się zatem Koczownik w poszukiwaniu, ślizgając się jedynie wzrokiem po wypasionych kamperach i motorhome’ach. Jego wzrok przykuć może jedynie skromna, strzechą niemalże kryta, “chatka na kołach”, przez innych omijana szerokim łukiem.

IMG_3127[1]

Nowa Zelandia i Australia są dla Koczownika terenem przyjaznym, nie pozbawionym jednak pułapek. Koczownik niewprawny łatwo może paść ofiarą podstępnie rozlokowanych zakazów kampingowania umieszczonych w najdogodniejszych miejscach. Z dala od siedzib ludzkich, przekonany o bezkarności ( i bezsensowności ograniczenia ) rozbije swój obóz by z rana wpaść w szpony sprawiedliwości. Koczownik doświadczony obóz rozbije pod osłoną nocy by z pierwszym pianiem koguta miejsce postoju opuścić, zacierając tropy….

image

 

Koczownik poluje

Koczownik jest jak dzikie zwierzę, migrujące od wodopoju do wodopoju, ( darmowe poidełka w parkach i na plażach), od legowiska do legowiska. Poluje na najlepsze okazy(je) ( w supermarketach) by się wykarmić.

Koczownik ciągle się uczy. Ma w głowie sieć darmowych kempingów, zna na pamięć i na wyrywki asortyment skepów wraz z cenami. Wie gdzie najlepiej polować na drób, a gdzie zastawić sidła na grubego zwierza.

Koczownik gromadzi rownież zapasy na chude czasy. Gdy oddala się od dogodnych terenów łowieckich zabiera ze sobą zapasy by w chwili słabości nie złamać swej żelaznej zasady nieprzepłacania.

Koczownik walczy o przetrwanie

IMG_4527[1]

Gdy Koczownik upoluje już coś na obiad, staje przed wyzwaniem przetworzenia pozyskanej żywności. Koczownik nie posiada jednak wielu narzędzi kuchennych. Jeden garnek i kuchenka musi czasem Koczownikowi starczyć do przygotowania posiłku. Gotowanie stanowi więc dla Koczownika nie lada wyzwanie logistyczne.

image

IMG_2850[1]Koczownik gotuje na łonie natury, zazwyczaj na stoliczkach piknikowych, lub gdzieś w odludnym lesie. Gdy tylko straci czujność lokalna fauna stara się mu jego posiłek wyrwać. Musi więc Koczownik uważać na powietrzne ataki papug lub mew, nie dać się zwieźć podstępnym keom lub czasem stanąć do otwartej walki ze stadem nacierających emu. Gdy Koczownik pokona te wszystkie przeciwności losu może się wreszcie nacieszyć posiłkiem, zazwyczaj już zimnym.

IMG_3905[1]

Koczownik w miejskiej dżungli

Czasami Koczownik zmuszony jest odwiedzić miasto. Miasto nie jest naturalnym środowiskiem dla Koczownika. Brak w mieście dla Koczownika dogodnych miejsc na rozbicie obozu, a oferta noclegów najemnych jest zazwyczaj poza jego możliwościami. Nawet zwykłe zaparkowanie “chatki” wymaga wydatku, którego Koczownik ponosić nie chce, a nawet jeśli zechce, łatwo może paść ofiarą pokrętnych reguł parkowania. Równolegle, skośnie bokiem, prostopadle, tyłem do płotu, przodem do tyłu, w tył na lewo….. do 16-tej na godzinkę, inwalida na trzy, przed północą na bilecie, a do piątej za darmo… Reguł jest zbyt wiele, żeby odwykły od miejskiej dżungli Koczownik chciał je zgłębiać. Duży ruch, miejskie pułapki  i płatne dukty Koczownika  stresują, niepozostawiając miejsca na relaks, którego Koczownik potrzebuje. Wszystko to sprawia, że Koczownik stara się miast unikać, a gdy już się do nich wybiera to najchętniej bez swojej “chatki” korzystając z gościny ludzi gotowych przyjąć strudzonego wędrowca pod swój dach.

Koczownik literatem

W swych podróżach Koczownik nie zaniedbuje obcowania z kulturą, a gdzie można z nią obcować lepiej niż w bibliotece? Rozgląda się zatem Koczownik z utęsknieniem za “świątyniami wiedzy” by zaspokoić swoją potrzebę poszerzania horyzontów, a gdy już taką znajdzie, staje się jej stałym gościem. Biblioteki dają bowiem Koczownikowi dostęp do łączności bezprzewodowej ze światem zewnętrznym, innym niż podróż. Pozwalają na kontakt z osobnikami prowadzącymi osiadły tryb życia i zameldowanie, że Koczownicze serce jeszcze bije.

Czysty Koczownik

image

Woda jest dla Koczownika cenna. Koczownik nie tylko pić musi, ale też od czasu do czasu zmyć potrzebuje z siebie pył i kurz. Wiadomo… Koczownik czysty i najedzony to Koczownik szczęśliwy.

Na swej drodze Koczownik nie raz spotyka jeziora czy strumienie, czasem gdy sprzyja mu szczęście trafia na naturalne, ciepłe źródła. Częściej jednak na samą myśl o zamoczeniu stopy w napotkanym cieku wodnym koczownicza skóra cierpnie.

Wówczas Koczownik wyjścia ma trzy. Gdy potrzeba komfortu termicznego jest znacznie silniejsza od potrzeby higieny Koczownik zarzuca pochopnie podjęty pomysł umycia się. Znacznie łatwiej w końcu umrzeć z hipotermii niż z brudu. Pokrzepiony tą myślą Koczownik wraca do swych codziennych zajęć.

Gdy w cieplejszych rejonach droga zawiodła Koczownika nad morski brzeg, rozgląda się on za plażowymi prysznicami. Służą one głównie do zmycia soli po morskiej kąpieli, ale cóż szkodzi Koczownikowi udać, że właśnie wyszedł z morskich fal? Mając trochę szczęścia Koczownik może nawet natrafić na ciepłą wodę…

Będąc w zasięgu cywilizacji i czując palącą potrzebę kąpieli Koczownik rozgląda się za basenem. Tu woda w prysznicu jest zawsze ciepła, ale żeby skorzystać z jej dobrodziejstw Koczownik musi uszczuplić ( choć z nieskrywaną niechęcią ) swoje zasoby finansowe. Jednak dla ciepłego prysznica nawet Koczownik łamie czasem swe zasady.

W wytropieniu zbawiennego prysznica i darmowych miejsc noclegowych, Koczownikowi przychodzi z pomocą nowoczesna technologia. Koczownik dobrze poinformowany za wczasu zdobywa odpowiednią aplikację, która wraz z niezawodnym zmysłem tropienia, zapewnia Koczownikowi spokojny sen.

Praktyczny Przewodnik Koczownika:

Spanie:

Najlepiej i najtaniej we własnym kamperku:) W Australii i Nowej Zelandii sporo jest darmowych miejsc gdzie można spać w samochodzie. W ich wyszukiwaniu w Australii bardzo pomagają aplikacja Wikicamps i atlas Camps. Nowa Zelandia ma podobno swoją aplikację, ale jej nie używaliśmy.

Na Nowej Zelandii obowiązuje podział kamperów na “self contained” i te gorsze. “Self contained” są teoretycznie samowystarczalne, mają kuchnię i toaletę. Sporo darmowych miejsc jest dostępnych tylko dla takich właśnie pojazdów.

Jeśli nie uda się bezpłatnie, na Nowej Zelandii pozostaje opcja tanich kempingów zarządzanych przez Auckland Council Regional Parks (przy kilkunastu rezerwatach na górze północnej wyspy) i w całym kraju DOC ( Department of Conservation). W zależności od standardu kempingi DOC kosztują 6 nzd (za najbardziej podstawowe, tylko z toaletą), 10 nzd (tzw scenic, często niewiele lepsze) do 15 dolarów za najbardziej wypasione servised campsites. Co ciekawe na większości kempingów wyposażonych w kuchnię nie znajdziemy naczyń. Zarówno garnki jak i talerze trzeba mieć swoje albo wynająć (na bardziej wypasionych kempingach).

W Australii jedyne tanie lub darmowe kempingi znajdują się w obrębie parków narodowych. W okresie świąteczno-wakacyjnym i w trakcie długich weekendów wiekszość z nich musi być rezerwowana z wyprzedzeniem.

Jeśli mamy długą przerwę między lotami zawsze można przespać się na lotnisku. Na lotnisku w Auckland czuliśmy się jak Tom Hanks w filmie Terminal. W ciągu dwóch miesięcy byliśmy na nim pięć razy, z czego cztery z nocowaniem. Z każdym kolejnym razem czuliśmy się bardziej u siebie. Dotarło to do nas gdy z kosmetyczką pod pachą, w klapeczkach i z ręcznikiem na głowie przedzieraliśmy się przez terminal przylotów, torując sobie drogę wśród rozgadanej koreańskiej wycieczki, kilku rodzin wyczekujących na swoich bliskich i gromady podróżnych przepychających się do wyjścia z wielkimi tobołami. Jeszcze trochę i złapiemy się na paradowaniu przez środek lotniska w piżamach i rannych pantoflach, pomyśleliśmy i poczłapaliśmy do swojego zacisznego korytarza aby rozłożyć karimatki i śpiwory pod działem HR (jakoś tak z sentymentu Doroty).

imageimage

Zakupy:

Na Nowej Zelandii jedzenie najtaniej kupować na promocjach w sieciach Countdown i New World. Sprzęt biwakowy i wyposażenie “domu” kupimy w Warehouse.

W Australii stosunkowo tanie zakupy spożywcze zrobimy w Woolworth, Coles, czasami w Aldi. W Australii znajdziemy też (zazwyczaj obok Coles) rewelacyjne Reject Shop, gdzie mnóstwo rzeczy kupimy po bardzo okazyjnych cenach. Można tu śmiało wyposażyć kamperwana w naczynia, kontenerki do przechowywania, pościel, elementy wyposażenia auta (np kable, kanistry), podstawowe produkty spożywcze, kosmetyki i wiele innych przydatnych gadżetów. Dosyć powszechne są też sklepiki “wszystko za 2 dolary” i secondhandy, w których w przeciwieństwie do polskich, znajdziemy znacznie więcej niż tylko ubrania.

image

W Bunnings, odpowiedniku naszej Castoramy, najszybciej kupimy krzesełka turystyczne, stoliki, kontenerki czy kuchenkę turystyczną.

W obu krajach dużo zaoszczędzić można na wodzie. W większości miejsc pitna jest woda z kranu, a w parkach i w specjalnych miejscach piknikowych znajdziemy poidełka i kraniki do zatankowania butelek.

Mycie:

Jeśli mieszkamy w aucie, mycie stanowi pewne wyzwanie. Najprościej i najtaniej w rzekach, jeziorach i w morzu (używając oczywiście biodegradowalnych kosmetków). Jest to rozwiązanie dla twardzieli ( szczególnie na NZ) bo woda do ciepłych nie należy. Na wielodniowych szlakach o prysznicach można zapomnieć, a często kąpiel w rzekach czy jeziorach jest również zakazana. Gdy brak publicznego prysznica, pozostają działania partyzanckie w postaci umywalki i mokrych chusteczek.

W Australii na wybrzeżu pełno jest darmowych pryszniców, czasami nawet z ciepłą wodą, choć w gorący australijski dzień ta zimna wydaje się bardziej właściwa 🙂

Darmowe prysznice można też znaleźć w stacjach obsługowych dla ciężarówek (service stations) i niektórych lotniskach, jeśli mijamy jakieś w pobliżu. Jeśli nie ma możliwości skorzystania z opcji darmowej, najlepiej udać się na basen. Tam zazwyczaj za kilka dolarów można bez przeszkód skorzystać z ciepłego prysznica

Transport:

W Nowej Zelandii i Australii najtaniej i najbardziej praktycznie jest podróżować autem. Autobusy są drogie i nie wszędzie nimi dojedziemy. Transport kolejowy praktycznie nie istnieje, a jak już to są to zazwyczaj drogie pociągi turystyczne. Wyjątkiem w Australii są okolice wielkich miast i kolej podmiejską, która jest stosunkowo tania i pozwala na sprawne poruszanie sie po aglomeracji. Między większymi miastami może się opłacać wykupić wcześniej przeloty. Na Nowej Zelandii, między wyspą północną i południową, często jest to tańsze od opłaty za prom na samochód i kierowcę (chyba, że korzystamy z relocation deal, gdzie czasem płaci za to wypożyczalnia).

 Jeśli w jednym lub drugim kraju macie przynajmniej dwa miesiące czasu, najczęściej opłaca się kupić auto (zwłaszcza jeśli podróżujecie w sezonie wakacyjnym/świątecznym, co wiąże się z ogromnym wzrostem cen w wypożyczalniach). Z drugiej strony, zakup i późniejsza sprzedaż auta wymagają trochę czasu (poszukiwania, rejestracja, ubezpieczenie), a ponieważ na roadtrip kupuje się raczej egzemplarze drugiej świeżości ( czasem trzeciej 🙂 ) z setkami tysięcy kilometrów na liczniku, wskazana jest znajomość mechaniki samochodowej. W naszym przypadku Łukasz niczym MacGyver, jedynie z użyciem scyzoryka, taśmy i odrobiny wyobraźni wielokrotnie podreperowywał nasz australijki domek na kołach. Nie obyło się też bez wizyty w warsztacie i wymiany pompy wodnej. Mimo wszystko zakup auta to zazwyczaj najtańsza opcja, trzeba tylko wybrać mało awaryjny egzemplarz.

Internet:

Kawiarenki internetowe nie cieszą się popularnością w tym zakątku globu. Na Nowej Zelandii w ogóle czasem trudno o internet. Najszybciej wifi znajdziemy w kawiarniach, ale na Nowej Zelandii często nie wystarczy kupić kawy. Internet sprzedawany jest osobno (ok 5 nzd za dzień). Do niedawna można było korzystać z różowych budek telefonicznych Spark z bezpłatnym wifi, ale firma chyba wycofuje się z tej idei, a przynajmniej pod koniec naszej podróży po NZ opcja ta przestała działać w niektórych miejscach. Najpewniejszym miejscem z dostępem do internetu są I-site, informacje turystyczne, znajdujące się w prawie każdym miasteczku lub biblioteki. Sklepy Warehouse mają również darmowe wifi dla swoich klientów.

W Australii w informacji też czasami mają wifi, ale tu najpewniejszym strzałem będą miejskie biblioteki. Są super nowoczesne i znajdziecie je bez problemu w każdym większym miasteczku. Poza tym wifi dostępne jest jak w Europie w większości knajpek (potrzebne hasło) i często w bezpłatnych hotspotach.

  • Mam nadzieję, że w tej codzienności koczowniczej śmiejecie się tak często i tak bardzo, jak ja, czytając ten wpis 😀

    • Admin

      Czasem jest to śmiech przez łzy 😉 ale dużo jest radości:)