Asuncion – Po drugiej stronie lustra

Paragwaj to jedno z tych miejsc na Ziemi, o których nie wiedzieliśmy nic. No może poza ciekawostką, że lokalną walutę, czyli guarani drukuje się w Polsce. 🙂

W Paragwaju nie ma światowych atrakcji, super zabytków ani cudów natury ( jedyny jaki mieli, wodospady Salto del Guaira, przerobili na gigantyczną tamę i sztuczne jezioro). Kraj jest dosyć mały, zamieszkany jedynie przez 7 milionów ludzi, a jego większą część zajmuje słabo zaludnione, suche Chaco. Znany jest w Ameryce Południowej chyba tylko z bycia drugim najbiedniejszym tam krajem (zaraz po Boliwii).

Przylecieliśmy do Asuncion z zamiarem wypoczęcia po ekwadorskim maratonie, a zwłaszcza bardzo intensywnym pobycie na Galapagos. Miasto okazało się do tego celu idealne bo nie oferowało żadnych pokus. Zupełnie nieurodziwe, bez zabytków, atmosfery, ani ciekawych terenów w okolicy. Odnotowaliśmy kilka kuriozalnych zjawisk, jak ogromne slumsy rozciągające się tuż za głównym placem z rządowymi budynkami, sklepy z luksusowymi markami które nie wiadomo kto miałby kupować, czy nowoczesny budynek kongresu ze szkła i stali przed którym radośnie pasły się wieprzki.

image Z przykrością odkryliśmy, że w całym centrum jest zaledwie kilka miejsc gdzie moglibyśmy cokolwiek zjeść i z jeszcze większą przykrością stwierdziliśmy, że nas na to nie stać. Obejście spacerem całego centrum zajęło nam jednak tylko kilka godzin, po czym mogliśmy zająć się spokojnie doprowadzeniem siebie do porządku. Z radością poświęciliśmy się więc czynnościom, których w domu fanami raczej nie byliśmy, a w podróży stały się symbolem normalności i chwilowego zakotwiczenia w jednym miejscu, czyli praniu, cerowaniu, gotowaniu, no i …(nieczęsto udanej) wizycie u fryzjera 🙂
Na tak przyziemnych sprawach i rozmowach z miejscowymi minęły nam kolejne dwa dni, aż ostatniego dnia naszego pobytu poznaliśmy w hostelu sprzątającą tam Mariannę. To przypadkowe spotkanie znacząco zmieniło nasze spojrzenie na Asuncion i cały Paragwaj.

Mariana opowiedziała nam o biednej dzielnicy, w której do niedawna mieszkała i nawiedzających ich regularnie powodziach, w wyniku których wraz z wieloma innymi mieszkańcami musiała przenieść się do obozu dla powodzian. Jej sytuacja nie była wesoła. Samotnie wychowywała dwójkę dzieci, a młodsze z nich cierpiało na chorobę wymagającą bardzo kosztownej operacji. W dodatku większość rzeczy, w tym dziecięcych ubrań i butów ukradziono im w obozie. Mariana sama też nie była zdrowa… Mówiła cichym, niepewnym głosem, ale mimo wielu przeciwności nie przestawała delikatnie się uśmiechać.

Widząc nasze współczucie zaproponowała, że pokaże nam swój dom i obóz “uchodźców”. Nie jesteśmy miłośnikami zorganizowanych wycieczek do “prawdziwych” biednych wiosek czy faveli. Tym bardziej nie popieramy trendu zwanego “disaster tourism” ( coraz popularniejsza turystyka do miejsc katastrof, takich jak powodzie, tsunami, wybuch wulkanu lub miejsc dotkniętych wojną), ale mieliśmy niepowtarzalną okazję zobaczyć jak naprawdę żyje wielu ludzi w tym kraju, co nigdy nie było i pewnie nie będzie przedmiotem zainteresowania europejskich mediów i o czym nie mieliśmy dotąd pojęcia. Po chwili zastanowienia zgodziliśmy się.

Mariana pokazała nam swój maleńki domek zniszczony wskutek podtopień oraz dzielnicę Baños, na której bieda i woda odcisnęły swoje piętno. Zaprowadziła nas do lokalnego punktu zdrowia, który wbrew rządowej ustawie i obietnicom od roku nie doczekał się lekarza. Dzięki niej mieliśmy też szansę porozmawiania z prawdziwym dobrodziejem, ojcem Pedro któremu okolica zawdzięcza między innymi największy powód do dumy, czyli ośrodek aktywizujący młodzież. Dzięki maleńkiej bibliotece, pracowni komputerowej, zajęciom baletowym i teatralnym dzieciaki mniej czasu spędzają na ulicach i rzadziej wpadają w nałogi. Do niedawna istniał również punkt wsparcia dla młodych kobiet, które uległy przemocy lub zbyt wcześnie zostały matkami, ale niestety na dalszą pomoc zabrakło środków.

image

image

image

Zalewana dzielnica, domy sąsiadów Mariany

Nieuregulowana rzeka Paragwaj zalewa przybrzeżne dzielnice zamieniając je w bagno, ale rząd nie zauważa problemu. Jedynym proponowanym tu rozwiązaniem jest przeniesienie mieszkańców. Ci nie chcą się jednak ruszyć bo nie stać ich na zakup domu w jakimkolwiek innym miejscu. I tak koło się zamyka.
Raz za razem setki rodzin lądują więc w tymczasowych obozowiskach z dykty, folii i blachy falistej. Rządowe wsparcie dla każdej rodziny ogranicza się do pięciu drewnianych słupków, dziesięciu kawałków sklejki i dwóch arkuszy blachy starczających na sklecenie prowizorycznego baraku wielkości mniej więcej 2×2 m. W każdym mieszka kilkuosobowa rodzina. W większości brakuje prądu i wody. Nieopodal zbito z desek toalety i prysznice. W błocie, pośród śmieci roześmiane dzieciaki grają w piłkę.

image

image

image

image

Jeden z kilku obozów, w których żyją setki rodzin

We wszystkich krajach Ameryki Łacińskiej, w których byliśmy, bieda jest widoczna. Są miejsca bardzo zamożne, jak i takie gdzie balibyśmy się wystawić nos z autobusu. Paragwaj wydał nam się jednak jednym z krajów o największej nierówności społecznej. Paragwaj żyje głównie z rolnictwa, ale tak niewiele jak 2% społeczeństwa jest tu w posiadaniu aż 80% ziem. Wpływy najbogatszych są tak znaczne, że żaden rząd nie porusza kwestii koniecznych reform rolnych. Mimo sporego wzrostu gospodarczego w budżecie wciąż brakuje pieniędzy ponieważ nie istnieją lub nie są egzekwowane podatki dochodowe i od eksportu. Bogacą się duże firmy i przedsiębiorcy, ale na opiekę społeczną nie ma środków. Poprzedni prezydent wprowadził lokalne ośrodki zdrowia, ale od obecnego nie można wyegzekwować personelu medycznego, który miano zapewnić. Ponad 30% społeczeństwa żyje poniżej progu ubóstwa. Opieka zdrowotna kuleje, bezrobocie kwitnie, świetnie ma się za to korupcja.

W Ameryce Łacińskiej Paragwaj nie jest odosobnionym przypadkiem, ale dzięki Marianie i mieszkańcom dzielnicy Baños na długo pozostanie w naszej pamięci.

image

Centrum miasta

image

Pałac Prezydencki

  • Hallo Dorota i Łukasz,
    z dużym zainteresowaniem śledzę wasza trasę.Podziwiam wasza wytrzymałość i zaparcie w kontynuowaniu chyba wyprawy życia.Wrazen starczy wam napewno na długo .Ze szczególna sympatia przeczytałam wasz wpis o Mexyku-tez dotarliśmy w lutym /2015 do San Cristobal .Ale największe wrażenia oczywiście mamy z 10 nurkowań w cenotach- oczarowały nas tak ,ze chcemy jeszcze raz tam pojechać ,żebyśmy byli kondycyjnie w stanie wskoczyć jeszcze do Calavery i bez strachu zanurkować w Angelicie.Wybieracie sie tez do Australii-my zjechaliśmy ja prawie dookoła bez Null Labour i York Cape ,zaliczyliśmy środek i pustynie Simpson Desert.Jezeli potrzebne są wam jakieś informacje co zobaczyć/w jakiej części chętnie służymy informacjami.Badzcie ostrożni !

    • Admin

      Bardzo dziękujemy! Podróż faktycznie bywa męcząca, warunki ciężkie, ale wrażeń starczy nam na długo 🙂 Do Australii brakuje nam jeszcze kilku miesięcy, ale z wszelkich wskazówek na pewno chętnie skorzystamy 🙂
      Meksyk, a zwłaszcza Jukatan, fantastyczny! Nurkowanie w cenocie było faktycznie niesamowite! My na trudniejsze cenoty nie byliśmy jednak ani technicznie ani psychicznie gotowi, w szczególności na te z bardzo ograniczoną widocznością, czy z chmurą siarkowodowu. Żałujemy, że nie byliśmy jeszcze w jakiejś z halokliną, ale nasz podróżny budżet na to już nie pozwalał. Zostanie na następny raz. A co do Calavery czy Pitt, skok z kilku metrów do środka wygląda na duże wyzwanie 🙂