Misja

Pamiętacie film “Misja” z Jeremy Irons’em i Robert’em de Niro w rolach głównych, z rewelacyjną muzyką Ennio Morricone? Przypomniał nam się gdy stanęliśmy przed bramą jednej z najlepiej zachowanych redukcji jezuickich w Paragwaju. Film inspirowany był historią jednej z wielu identycznych misji rozsianych na pograniczu dzisiejszego Paragwaju, Argentyny i Brazylii. Misje te zamieszkiwane były, z resztą dobrowolnie, przez Indian Guarani.

Redukcje stanowiły niezależne ośrodki wzorowane na wspólnotach pierwszych chrześcijan. Celem Jezuitów było nawracanie Indian oraz ich ochrona przed niewolnictwem. Guarani uczeni byli też pracy na roli, rzemiosła, gry na instrumentach oraz czytania i pisania w ich własnym języku (to Jezuitom zawdzięczamy pierwsze zapisy języka Guarani, którym do dziś, obok hiszpańskiego, posługują się wszyscy mieszkańcy Paragwaju).

Misje miały też na celu zlikwidowanie nomadyzmu wśród Indian. Co w tamtych czasach rzadkie, mieszkańcy misji żyli spokojnie, zdrowo i dostatnio, nie cierpiąc głodu czy chorób. Utopia nie mogła trwać jednak długo. Kilkadziesiąt lat po ich założeniu, redukcje zostały brutalnie zlikwidowane decyzją Hiszpanii i Portugalii, które wcześniej, w połowie XVIII wieku, rozprawiły się z rosnącym w siłę zakonem we własnych krajach.

Z dawnych tętniących życiem ośrodków zostało naprawdę niewiele, a jeśli nie należycie do pasjonatów ruin, wystarczy odwiedzić jedną lub dwie aby wiedzieć jak wyglądały pozostałe. Najlepiej zachowane i najchętniej odwiedzane są misje w Trinidad ( Paragwaj ) i San Ignacio ( Argentyna ). Chcąc je jednak zwiedzić, zarówno w Argentynie jak i w Paragwaju musimy wykupić zbiorowy bilet do trzech okolicznych misji. Jak łatwo się domyślić w pakiecie “dostajemy” również ruiny, gdzie obejrzymy tylko kupki kamieni. Łukasz postanawia zobaczyć wszystkie, ja pozostałym mówię “pas”.

 

Trinidad

Paragwaj nie jest turystycznym krajem więc położony zupełnie na uboczu Trinidad mieliśmy wyłącznie dla siebie. Nie licząc przewodniczki, która dołączyła do nas chyba tylko z nudów, i kilku przezabawnych małych sów, w ruinach nie było nikogo. Tego leniwego popołudnia panował zupełny bezruch.

Misja ożywa jednak nocą. W towarzystwie trzech innych osób stoimy pośrodku ciemnego, cichego placu, na którym dawniej, podczas ważnych uroczytości gromadzili się Indianie. Pojedyncze światła zaczynają kolejno podświetlać fragmenty poszczególnych budynków. Najpierw z mroku wyłaniają się ruiny domów mieszkalnych rozlokowane wokół głównego placu. Potem droga i pozostałości kościoła. W tle sączy się nastrojowa muzyka Indian Guarani.

“Witamy w misji Trinidad” – rozlega się ściszony, nieco zachrypły głoś przewodnika a nam po plecach prechodzą ciarki.

Ruszamy przez główny płac do kościoła. Stare domy patrzą na nas pustymi oczodołami okien, a podparte łukami arkady sprawiają wrażenie jakby kołysały się w rytm muzyki.
Docieramy do świątyni. Na jedynej ocalałej w całości ścianie pojawia się krucyfiks, potem złota monstrancja i dalej kolejne ocalałe z misji przedmioty. Przewodnik cichym głosem snuje historię miejsca, a my nie możemy się otrząsnąć z wrażenia jakbyśmy cofnęli się w czasie.

 

San Ignacio

Kilkadziesiąt kilometrów dalej, po drugiej stronie granicy, pod misję San Ignacio zajeżdża trzeci autokar z turystami. Mimo późnej pory wycieczka szkolna z jazgotem dołącza do i tak już licznej grupy czekającej na nocny pokaz światła i dźwięku. Po kameralnym, kontemplacyjnym doświadczeniu w Trinidad, czujemy się lekko oszołomieni komercyjnością tego miejsca.
Chętni dostają słuchawki z tłumaczeniem i zaczyna się show. Głos starego Indianina zaczyna opowieść. Na drzewach, murach i wodnych kurtynach wyświetlana jest znana nam już historia. Tym razem jednak w wersji lekkiej, humorystycznej, widocznie skierowanej do młodych, niecierpliwych widzów.

Interaktywna forma jest bardzo widowiskowa, ale wyświetlacze nagrywających telefonów i laptopów niestety mocno nas rozpraszają. Na wiekowych murach migoczą dziesiątki niewyraźnych postaci. Zaczyna się bitwa o misję. Cwałują konie, padają strzały, w kościele wybucha ogień.

Pokaz robi wrażenie, ale nie jest w stanie przywołać w nas zadumy towarzyszącej nam w Trinidad. Nie możemy zapomnieć  prostej gry światła i cienia oraz nastrojowej muzyki z paragwajskiej misji.

image

image

image

image

image

image

image

 

  • ada

    Tam fajnie jest! Te zdjecia w tym swietle… super. Ja mam zawsze duzo uciechy jak jestem w miejscu, ktore najpierw widzialam w filmie. Ps. Tak na marginesie- osobiscie poznalam Jeremiego Irons’a i jest to niesamowicie pozytywny i przemily czlowiek