Prom

Otuanga’ofa, duma tongijskiej floty handlowej, ofiarowana królestwu przez rząd Japonii po zatonięciu starego promu w 2009 roku, stała już  przy nabrzeżu. Zamontowane na niej dźwigi i uwijające się jak małe żuki wózki widłowe ładowały na statek najprzeróżniejsze dobra. Od szaf i kosiarek po samochody. Od klatek z żywymi świniami po olbrzymie kontenery. Wszystko to popłynie niebawem z nami na Ha’apai albo Vava’u.

image image image

Promy, jak wszystko w tym kraju, funkcjonuje według czasu tongijskiego, co oznacza, że rozkład podawany jest ledwie z kilkudniowym wyprzedzeniem, ale i tak wymaga potwierdzenia, najlepiej w dniu wyjazdu. Promy na odległe archipelagi Ha’apai i Vava’u odpływają raz w tygodniu. Przykładowo prom z Tongatapu wyrusza zazwyczaj we wtorek po południu, ale może również wypłynąć w poniedziałek albo w środę. Podróżujący po Tonga powinni się więc uzbroić w kilka zapasowych dni na czekanie na rozwój wypadków i spory zapas cierpliwości.

– Najlepiej zadzwonić do nich w sobotę i potwierdzić jeszcze termin rano w dniu podróży – usłyszeliśmy jak tylko zadaliśmy pytanie kiedy wypływa prom na Vava’u. – Warto też być trochę wcześniej.
Trochę w czasie tongijskim oznacza minimum dwie godziny przed planowanym wypłynięciem – tak na wszelki wypadek.

Tym sposobem wtorkowe popołudnie spędziliśmy w porcie patrząc jak na pokład Otuanga’ofa ładowane są samochody, świnie, meble, paliwo i wszelakie inne dobra mogące się przydać na odległych wyspach.

image

Godzinę przed wypłynięciem tłum na nabrzeżu zgęstniał. Wszyscy z tobołami, walizkami i obowiązkowo z matami wyplatanymi z liści palmy. Nasz bagaż również wyglądał imponująco. Plecaki: mały i duży, dwie torby z jedzeniem i ogromna butla z wodą. W koncu jechaliśmy na dalekie wyspy, a tam różnie może być:)

image
Gdy dźwigi kończyły już swoją pracę i nastał czas załadunku pasażerów pierwszy na pokład wsiadł… nieboszczyk. Trumna została dostarczona na nabrzeże karawanem, a obsługa promu szybko wyłowiła z tłumu ochotników, którzy nie bez wysiłku wnieśli ją na statek. Nieboszczyk rozsiadł się na dawnym pokładzie widokowym, obecnie przykrytym czymś w rodzaju wielkiego namiotu i służącym do transportu ludzi.

image
Chwilę później na pokład zaczęli wsiadać “normalni pasażerowie”. Gdy nadeszła nasza kolei bez większego zastanowienia udaliśmy się śladami trumny na górny pokład. Nie żebyśmy nie mogli się obyć bez towarzystwa denata, ale miejsce wydawało się najlepsze do przeżycia czekającej nas 24 godzinnej podróży.

Czasu nie było wiele. Na pokładzie rozwijały się “palmiane” maty, znacząc teren należący przez najbliższą dobę do konkretnych ludzi, a często całych rodzin. Niegotowi na taki rozwój wypadków szybko wyszarpnęliśmy karimaty z plecaka zajmując całkiem przyzwoite terytorium.
Nim jeszcze prom ruszył ( z dwugodzinnym opóźnieniem) maty zapełniły się najprzeróżniejszym jedzeniem i napojami. Rozpoczęła się biesiada, w samym środku której niewzruszenie stała trumna z nieboszczykiem.

image

Gdy z głośników zamiast instrukcji na wypadek zagrożenia popłynęła modlitwa o pomyślny i bezpieczny rejs ( co przełożyli nam zapoznani Tongijczycy) stało się jasne, że niebawem wyruszymy w morze:)

Przemieszczanie się po statku nastręczało drobnych trudności. Gdy już udało się, nie nadepnąwszy nikogo, opuścić górny pokład, okazało się, że wszystkie korytarze, przejścia i ” zaułki” na statku wypełnione są prowizorycznymi legowiskami. Bywało i tak, że trzeba było “nadkładać drogi” chcąc dostać się do wnętrza promu bo najbliższe drzwi były przywalone śpiącym zewłokiem ludzkim i za nic nie dało się ich otworzyć. Podróż przebiegała jednak w wesołej atmosferze. Niewielu białych korzysta z promu żeby przemieszczać się między tongijskimi archipelagami, stanowiliśmy zatem dla miejscowych sporą atrakcję.

W połowie drogi na Vava’u prom zatrzymuje się na Ha’apai, mało odwiedzanych przez turystów wyspach. Tu następuje wyładunek dóbr wszelakich, w tym bydła rogatego. Przez kilka godzin nie mieliśmy innej rozrywki niż obserwowanie tej mrówczej pracy. Najzabawniejszym widowiskiem okazało się nakłonienie krowy do opuszczenia statku. Zwierzę, mimo iż ciągnięte przez potężny wózek widłowy, zdolny przenosić kontenery, zaparło się i za nic niej chciało iść. Pomogła dopiero interwencja drugiego widlaka, który zaczął lekko dźgać zwierzę w zad 🙂

Z promu najlepiej nie oddalać się za daleko bo nie do końca wiadomo kiedy wyruszy w dalszą drogę. Godzina wypłynięcia jest mocno umowna i gdy rozładunek skończy się szybciej niż planowano Otuanga’ofa wzywa syreną pasażerów do powrotu i po chwili wypływa.

Auuuuuuu……… Coś mnie gryzie w stopę !!! – głos Doroty wyrwał mnie z błogiej porannej drzemki u wybrzeży Vava’u
Szybka inspekcja otoczenia ujawniła może rocznego berbecia, należącego do podróżującej po sąsiedzku rodziny, który z zapałem wcinał końcówkę śpiwora Doroty. Wgryzanie się w temat szło mu na tyle sprawnie, że dolne kończyny właścicielki legowiska znalazły się w poważnym niebezpieczeństwie:)

image

Całość podróży z Tongatapu na Vava’u trwała 27 godzin, czyli tylko o trzy dłużej niż zakładał plan.

Rejs powrotny mieliśmy zaplanowany z tygodniową przerwą na zwiedzenie Ha’apai. Pierwszy odcinek (Vava’u – Ha’apai ) ponownie spędziliśmy w towarzystwie nieboszczyka. Tym razem jednak w ostatnim rejsie trumnie towarzyszył tłum żałobników. Po wniesieniu na pokład trumna została przystrojona w zdobną tkaninę i kwiaty, a “orszak żałobny” rozłożył się dookoła zajmując prawie cały górny pokład.

image

Drugi odcinek (Ha’apai – Tongatapu) też nie obył się bez przygód. Tym razem chwilę przed wypłynięciem i tak spóźnionego promu dowiedzieliśmy się, że na pokład musimy zabrać tongijskiego księcia wizytującego jedną z wysp położonych na naszej trasie. Nie było by w tym nic złego gdyby nie to, że na Numukę prom przypływa w środku nocy, a księciu nie można przecież przeszkadzać w wypoczynku. W związku z czym statek złapał kolejne cztery godziny opóźnienia, czekając na morzu do świtu, aż książę wstanie i zjawi się na pokładzie. Tongijczycy, jak wszystkie inne drobne niedogodności czy opóźnienia, przyjęli to ze stoickim spokojem i uśmiechem.

image

Myli się jednak ten kto sądzi, że zamiast wiecznie spóźnionych promów bezpieczniej jest wybrać transport lotniczy. Samoloty tongijskich lini lotniczych mają to do siebie, że…. latają jak chcą. Małe dwusilnikowe maszyny nie wyruszą na trasę gdy mocno wieje. Przy niskich chmurach albo silnym deszczu nie wylądują bo lokalne lotniska to zazwyczaj sam pas startowy ( po którym lubią przechadzać się świnie) bez żadnego oprzyrządowania. Gdy jednak ani wiatr ani chmury nie staną na przeszkodzie, rejs potrafi być odwołany kilka godzin przed lotem z powodu…… konieczności wykonania okresowego przeglądu samolotu, o którym najwyraźniej komuś się zapomniało.
Poznanej przez nas Indonezyjce dwa razy, dzień przez powrotem do domu, odwołano 8-io minutowy lot ( ponoć najkrótsze rozkładowe połączenie na świecie), oficjalnie z powodu przeglądów, nieoficjalnie prawdopodobnie z braku wystarczającej ilości pasażerów.