Sierra Nevada. Góry niezdobyte

Niedziela Wielkanocna, 6 rano, 2900 m.n.p.m.

Okutani w swetry, kurtki i czapki, otwieramy oczy w autobusie. Fakt, że stoi i jest całkiem pusty szybko nas otrzeźwia. Podchodząc do kierowcy pytam :
– to El Cocuy?
– nie, to ostatni przystanek.
Znudzona mina kierowcy grającego w najlepsze w węża na komórce świadczy dobitnie o tym, że stoimy tu już od pewnego czasu.
To, że przespaliśmy jeden przystanek tak bardzo nas nie martwi. Tak naprawdę z obu miasteczek mogliśmy rozpocząć wycieczkę do Parku Narodowego El Cocuy.
Bardziej zastanawia nas fakt czy zostalibyśmy w końcu obudzeni, czy zorientowalibyśmy się gdzieś w drodze powrotnej.

Jeszcze zaspani i bardzo zmarźnięci gramolimy się z autobusu na główny placyk. Wszystko zamknięte na cztery spusty, prawie ni żywej duszy. Jedynie na przeciwległym końcu placyku dostrzegamy otwarty bar, a w jego drzwiach czterech ogorzałych muchachos w wełnianych, szarych ponczo i kapeluszach, przyglądających nam się spod wąsa z beznamiętnym wyrazem twarzy.

– Jezu, gdzie my jesteśmy?
– Nie wiem, ale wygląda na lokalne Wołosate
Wołosate w rzeczywistości nazywa sie El Guican i jedynym powodem, dla którego ktokolwiek odwiedza to miejsce są pobliskie góry Sierra Nevada.

 

image image

 

Szybko wykopujemy z plecaków rękawiczki i dodatkowe ciepłe skarpetki i przytupujemy gorączkowo myśląc co dalej. Wąsacze, zapytani przez nas o dalszy transport w góry, informują, że jedyny pojazd, czyli mleczarka, odjechał jak zwykle o piątej. Innego brak, chyba, że zapłacimy komuś prywatnie. Podana kwota sprawia jednak, że lekko uginają się pod nami kolana. Poza tym i tak nie moglibyśmy jechać mleczarką skoro biuro parku otwierają dopiero o siódmej….

Chwilę po szóstej z boku placyku pojawia się orkiestra dęta i zaczyna jakąś próbę. Widok wydaje nam się trochę absurdalny, ale w tej nowej rzeczywistości nic nas zbytnio nie dziwi. Nawet kościół pomalowany w wojskową panterkę wydaje się jak najbardziej na miejscu.

Wpadamy na genialny w swej prostocie plan żeby poprosić kierowcę, wciąż stojącego busa, aby zadzwonił do właściciela górskich cabanas, gdzie zarezerwowaliśmy nocleg. Juan Carlos mówi, że już po nas jedzie. Eee, łatwo poszło.

Po pół godzinie czekania odzywa się dzwon na kościele i w tym samym momencie otwierają się wrota. Na ten sygnał pojedyncze, ukryte w zwojach szarych ponczo postacie zaczynają nadciągać na plac. Jako pierwszy pojawia się pucybut, za nim ciągną uliczni sprzedawcy.
Po godzinie zaczyna się msza, ruch na placu jest już spory, otwierają się nawet wszystkie trzy sklepy. Juana Carlosa wciąż nie ma. Po kolejnym telefonie dowiadujemy się, że będzie za godzinę. Lekko zirytowani postanawiamy nie tracić więcej czasu i załatwić formalności w biurze parku narodowego.
Dalsze wieści nie są niestety pomyślne… W miarę jak strażniczka przedstawia nam zasady obowiązujące w parku, coraz bardziej zaczynamy wątpić w sens naszego przyjazdu.

Najsłynniejszy sześciodniowy szlak został zamknięty ze względu na protesty lokalnych społeczności indiańskich ( o tym wiedzieliśmy ), ale jedyny dostępny bilet do parku nadal obowiązuje na sześć dni ( o tym nie wiedzieliśmy ), a my spędzimy tu tylko trzy.
– 52000 COP…. Drogo, ale trudno, zapłacimy.
Dodatkowo na każdy dzień w parku potrzebne jest ubezpieczenie.
– Nie ma mowy! Mamy ubezpieczenie z Polski, musi wystarczyć.
Zarówno bilet jak i ubezpieczenie jest na z góry ustalony okres. Mając jednak pecha po dokonaniu opłat można nie móc z nich skorzystać, na przykład z powodu fatalnej pogody. O tym jednak dowiedzieć się można dopiero w parku, tysiąc metrów wyżej, po półtorej godzinie jazdy dziurawą, szutrową drogą. Postanowiliśmy zaryzykować.

“Najzabawniejsze” jest jednak to, że wszystkie te formalności można załatwić tylko w miasteczkach u podnóża gór. Będąc już w parku, żeby cokolwiek załatwić ( na przykład przedłużyć pobyt ) trzeba z powrotem udać się na dół do biura parku płacąc za transport majątek.

W końcu na placyku wypatrzyli nas starsi państwo, którzy okazali się rodzicami Juana Carlosa. Zanim jednak ruszyliśmy w góry udaliśmy się razem na wspólne śniadanie.
Za namową miejscowych zamówiliśmy czekoladę z żółtym serem i lokalną wersję arepas ( słodkie kukurydziane placki ). Pomimo rekomendacji i nalegań nie daliśmy się namówić na lokalną odmianę flaczków, ale niestety nie obeszło się bez przymusowej degustacji. Przez ściśnięte gardła zapewniliśmy, że pyszne, ale niestety więcej w siebie nie wciśniemy ze względu na wczesną porę. Obecni campesinos zerknęli na nas z politowaniem, zapewne mając nas za miejskich mięczaków.

Starsi państwo zrobili jeszcze szybkie zakupy, zerknęliśmy na wielkanocną procesję i ruszyliśmy w drogę.

image

 

Po dotarciu na miejsce czekała nas niestety kolejna przykra niespodzianka. Dowiedzieliśmy się, że za transport przyjdzie nam zapłacić 80000 COP (ok. 120 PLN) i drugie tyle za jazdę w dół. Sytuacja zrobiła się trochę nieprzyjemna, bo wcześniej ani Juan Carlos, ani jego rodzice nie zająknęli się na ten temat ani słowem. Na szczęście po długich negocjacjach udało się ustalić kwotę akceptowalną dla obu stron. Zastanawialiśmy się czy po tym wszystkim może być jeszcze gorzej, gdy rozpadało się na dobre.

Góry nie chciały dać się poznać. Trafiliśmy na sezon deszczowy i każdego dnia około południa wyższe partie ( te powyżej 4300 m n. p. m.) zakrywały chmury, a niedługo potem zaczynało padać lub sypać gradem.

 

image

 

Mimo to udało nam się trochę po parku pochodzić. Widoki przywodziły na myśl alpejskie krajobrazy, tyle że 2000 metrów wyżej. Rozległe doliny wcinają się pomiędzy masywne, nieco płaskie szczyty, przykryte białymi czapami lodowców.

 

image

 

Z naszego domku mogliśmy jednak dostać się jedynie na dwa szlaki. Odkąd bowiem sześciodniowa pętla została zamknięta, poszczególne szlaki rozrzucone są na przestrzeni kilkunastu kilometrów i brak między nimi połączenia. Gdybyśmy chcieli podjechać do kolejnych musielibyśmy zapłacić po 150 PLN w każdą stronę, lub przez kilka godzin tłuc się po wsiach z bańkami z mlekiem. Przemieszczanie się po parku nie jest więc ani łatwe ani tanie, a przez decyzję o zamknięciu pętli dodatkowo stracił on swoją największą atrakcję, o czym zapewniali nas wszyscy, od parkowych strażników po naszego gospodarza.

 

image

 

Po pierwszym, niezbyt dobrym, wrażeniu Juan Carlos okazał się przesympatyczny i bardzo gościnny. Mimo spartańskich warunków, przenikliwego zimna, braku ogrzewania i ciepłej wody, starał się zapewnić nam jak najlepszy pobyt. Kolejne trzy wieczory spędziliśmy na rozmowach o lokalnej kulturze, zwyczajach, jego i naszych planach na przyszłość oraz na próbowaniu lokalnych smakołyków, które nasz gospodarz przyrządzał z niebywałą wprawą. Jedliśmy platany prosto z ogniska, panelę, świeży sok z tomate de arbol i niezastąpioną, gorącą czekoladę z lokalnym serem. My z kolei uczyliśmy miejscowych malowania pisanek, tradycji zupełnie tu nie znanej.

 

image

 

Poniedziałek Wielkanocny zaczęliśmy od tradycyjnego śniadania, za to w mało “tradycyjnym” miejscu.

 

image

 

 

  • ale ten baranek jakis jednak dziwny…

    • Admin

      Co kraj to obyczaj 😉