Mahahual i polowanie na żółwia

Zanim dotarliśmy do Meridy, spędziliśmy tydzień w okolicy Tulum. Był to bardzo intensywny tydzień.
Przyjechaliśmy do Tulum, nastawiając się na zobaczenie ruin i być może jakiejś cenoty, a skończyło się dodatkowo na kilku nurkowaniach, pływaniu z żółwiami i spontanicznej wycieczce, do oddalonego o 200km, Mahahual.
Przyczyną chaosu w naszych precyzyjnych planach był Bogdan. Poznaliśmy się jeszcze na Isla Mujeres i luźno umówiliśmy na spotkanie w Tulum. Bogdan od jakiegoś czasu podróżuje po świecie a obecnie pracuje w jednym z tutejszych ” dive shopów”. Tuż po namówieniu nas na nurkowanie w cenocie, co okazało się świetnym pomysłem, niespodziewanie zaprosił nas na dwudniowy wypad z nurkowaniem do Mahahual.

Do Mahahual wyruszamy w siedem osób. Bogdan i my z Polski, para z Irlandii i dwie Brazylijki. Zaraz za miastem bierzemy jeszcze na stopa parę z Argentyny i ruszamy w dwustukilometrową trasę. Na miejscu oczekuje nas Andrew, Chilijczyk, przyjaciel Bogdana, były manager finansowy, który postanowił zmienić swoje życie i poświęcić się nurkowaniu. Następnego dnia razem wyruszamy oglądać podwodny świat.

Tutejsza rafa choć nie tak bogata w podwodne życie jak się spodziewaliśmy, robi na nas wrażenie za sprawą formacji koralowca tworzącego podwodne góry i wąwozy. Wielkie gąbki i falujące w rytm fal gorgonie tworzą prawdziwy podwodny las. Chociaż widoczność nie jest zbyt dobra, udaje nam się zobaczyć kilka żółwi, langusty, papugoryby i monstrualnego kraba.

Kolejnego dnia mamy jeszcze chwilę na byczenie się na pięknej i, co ważniejsze, całkiem pustej plaży. Poza sezonowym ożywieniem i chwilami gdy przypływają tu wycieczkowce, miasteczko wydaje się cudownie sennym miejscem. W dodatku z uroczymi knajpkami na białym piasku, dobrym jedzeniem i tanimi drinkami w rozmiarze XL. Piña colada ze świeżego kokosa, nigdy nie smakowała tak dobrze jak na tutejszej plaży.

image

image

image

 

Po powrocie z Mahahual wybraliśmy się do Acumal ( Akumal ), słynącego z żółwi morskich. Od samego początku nie zrobiło na nas jednak dobrego wrażenia. W wodzie panuje potworny tłok, a miejscowi próbują wymuszać opłaty za wejście na plażę, która jak wszystkie plaże w Meksyku jest publiczna. Do Acumal przyjeżdża się jednak nie dla atmosfery, ale dla żółwi morskich, które podpływają tutaj bardzo blisko brzegu. Będąc wyposażonym jedynie w maskę i rurkę (czujący się mniej pewnie rownież w wypożyczone kamizelki) można bez problemu popływać na wyciągnięcie ręki z żółwiami. Jest ich tu naprawdę sporo i przy odrobinie cierpliwości bez problemu można wypatrzyć “swojego” osobnika.

Problem stanowią jedynie zorganizowane “wycieczki” będące dla nas lokalnym kuriozum. Za odpowiednią kwotę możemy zostać członkiem grupy, która wraz z przewodnikiem wyrusza na poszukiwanie żółwi. Wypatrzywszy “ofiarę” przewodnik wskazuje ją reszcie wycieczki, a ta czyniąc potworny hałas, zgiełk i zamęt próbuje dopaść nieszczęsne zwierzę. To z kolei zorientowawszy się w sytuacji zazwyczaj salwuje sie ucieczką i zabawa zaczyna się od nowa. To trochę tak jakbyśmy idąc przez pastwisko płacili postronnej osobie za wypatrzenie nam krowy, których całe stado snuje sie sennie po okolicy. No kto by nie skorzystał:)

 

image

Cenoty i ruiny to już temat na oddzielną historię….