Nowa Zelandia – dlaczego warto?

W Nowej Zelandii spędziliśmy dwa miesiące i nie była to nasza pierwsza wizyta. Za pierwszym razem skupiliśmy się na Wyspie Północnej, tym razem na Południowej. W sumie kraj zjechaliśmy z góry na dół, wzdłuż i wszerz.

Można by się zastanowić co tyle czasu robić na dwóch, stosunkowo niewielkich, bo 15% mniejszych od Polski, wyspach. W dodatku w kraju, który niewiele ma ciekawych miast (może poza Auckland) i prawie wcale zabytków (bo umówmy się, że 100-letniej chatce dla Europejczyka brakuje jeszcze kilkuset lat, żeby określić ją mianem zabytku). Muzea są tu interaktywne i bardzo ciekawe, ale nie dla muzeów przecież przyjeżdża się dokładnie na drugi koniec świata. Porywających przygód też tu raczej nie doświadczymy. To w końcu ułożona, spokojna, Anglosaska kultura. Każdy krzaczek jest tu opisany, wszędzie stosowne ostrzeżenia i daleko posunięta troska o turystę. Nuda? Po Ameryce Łacińskiej trochę tak.

Nowa Zelandia ma jednak w sobie coś wyjątkowego i tym czymś jest przyroda.
Legenda głosi, że Nowa Zelandia powstała z budulca, który pozostał Bogu po stworzeniu świata. Umieścił więc na wyspach: ośnieżone góry i lodowce, rwące rzeki, piękne jeziora, złote i czarne plaże, zielone niziny, wulkany i gejzery.
Ta różnorodność kompletnie nas zauroczyła. W dodatku wszystko ma się tu prawie na wyłączność. Tłumów nie spotkamy. Nowa Zelandia ma bowiem dziesięć razy mniej ludności niż Polska. Za to na jedną osobę przypada tu około dwunastu owiec. Nowozelandczycy łapią się za głowę jak u nas, na tak niewielkiej powierzchni, może mieszkać taki tłum ludzi, a my jak u nich (zwłaszcza na Południowej Wyspie) pusto.

Co wobec tego, jeśli nie miasta i zabytki, w Nowej Zelandii warto zobaczyć?
Oto nasza subiektywna lista…

 

1. Kiwi

 

Photo by http://birdsguide.blogspot.com.au/2012/11/kiwi.html

 

Zabawny, włochaty ptak nielot, symbol Nowej Zelandii. Nowozelandczycy tak go uwielbiają, że sami siebie nazywają Kiwis (kiłis). Niesamowicie trudno spotkać go w naturze, tym trudniej, że jest zwierzęciem nocnym i świetnie się maskuje. Bez problemu można jednak obejrzeć te cudaki w jednym z parków przyrodniczych. W całym kraju jest ich wiele, my odwiedziliśmy kiwi w Otorohanga ( gdzie kilka razy dziennie można podziwiać komiczne próby karmienia kiwi, które jako ptak terytorialny kopie i dziobie “intruza”) i nocą w parku Rainbow Springs w Rotorua (możliwość oglądania kiwi jak w naturze, bez krat i szyb).

image

 

2. Świecące robaczki ( glowworms )

 

GLOWWORMS

Photo by Huffington Post ( http://www.huffingtonpost.co.uk/2013/05/12/glow-worm-cave-waitomo-new-zealand_n_3262369.html )

 

Jaskinie z glowworms, świecącymi robaczkami, wcale niepodobnymi do świętojańskich, można podziwiać w kilku miejscach na Nowej Zelandii, ale te w Waitomo są największe i najbardziej znane. Poza robakami, w ofercie znajdziemy też zjazdy na linie do jaskini, spływanie na dętce podziemną rzeką i kilka innych adrenalinogennych, mokrych atrakcji. W opcji podstawowej, którą wybraliśmy, część jaskini pokonuje się pieszo, część łodzią, nad głową zamiast rozgwieżdżonego nieba mając tysiące rozjażonych, błękitnych punkcików. Zjawiskowe!

 

3. Śmierdzące błota i gejzery

 

image

 

Nowa Zelandia leży na styku płyt tektonicznych, co najszybciej daje się zauważyć w okolicach Rotorua. Miasto śmierdzi zgniłymi jajami i przyciąga turystów szeroką gamą geotermalnych atrakcji, takich jak gejzery czy gotujące błota. Okolicę spowijają gęste opary buchające z różnokolorowych jeziorek i licznych szczelin. Gejzery, po lekkiej mydlanej zachęcie (do otworu wrzucane są mydliny pobudzające gejzer do aktywności), wyrzucają w powietrze wrzącą wodę na wysokość kilkunastu metrów. W Wai-O-Tapu Thermal Wonderland zobaczymy też kilka nierealne kolorowych bajorek i niesamowity Champagne Pool, tęczowymi barwami przypominający najsłynniejsze gorące źródło w Yellowstown.

 

4. Kauri. Niedotykalskie olbrzymy

 

image

 

Nowozelandzkie drzewa Kauri dorastają do 50-60 metrów wysokości i ponad 5-ciu metrów średnicy. Są trzecimi co do wielkości na świecie, ale właśnie z tego powodu niewiele brakowało żeby zostały wytępione. Mimo wysiłków europejskich osadników na wyspach na szczęście ostało się jeszcze trochę tych niesamowitych drzew. Niestety ich system korzeniowy jest na tyle delikatny, że wiele z nich pada ofiarą choroby, przenoszonej między innymi na butach nieświadomych turystów. Dlatego przy wejściach do lasu ustawione są szczotki i preparaty do czyszczenia i dezynfekcji obuwia, a w wielu miejscach spotkamy tabliczki z prośbą o nie chodzenie po korzeniach kauri. Jeśli chcecie, aby kolejne pokolenia mogły wciąż podziwiać ponad 1000-letniego (szacowanego na jakieś 1200 do 2000 lat), mierzącego 51 metrów Pana Lasu, nie depczcie drzewom po “stopach”.
W Waipoua Forest spotkacie jeszcze kilka innych kauri, przy których poczujecie się jak krasnale.

 

5. Kultura Maoryska

 

image

 

Rdzenni mieszkańcy stanowią tylko kilkanaście procent społeczeństwa, ale ich kultura i język są wciąż żywe. Urodą, posturą i solidnymi rozmiarami przypominają mieszkańców Polinezji, skąd przypłynęli ich przodkowie. Na ciele, a czasem również na twarzy dumnie prezentują Moko, charakterystyczne tatuaże o skomplikowanych wzorach, które świadczą o przynależności kulturowej. Na codzień, między sobą posługują się językiem maoryskim, witając się pogodnym Kia ora.

Jednym z niewielu miejsc, poza muzeami, gdzie możemy dowiedzieć się więcej o Maorysach jest ich, obecnie turystyczna, wioska, ulokowana na jednym z bardziej aktywnych geotermalnie terenów. Wioska o dźwięcznej nazwie Te Whakarewarewatanga O Te Ope Taua A Wahiao, w skrócie po prostu Whakarewarewa. Jej mieszkańcy nie tylko nie zamienili swych skromnych domków na wygodne mieszkania w bezpieczniejszej lokalizacji, ale wciąż kultywują tu tradycje przodków. Od ponad dwustu lat kobiety chętnie wybierają zawód przewodnika i z prawdziwą dumą każdego dnia opowiadają swoją historię jedynej prawdziwej maoryskiej wioski, w której postęp cywilizacji nie zepsuł zbyt wiele.

Chociaż trudno w to uwierzyć, mieszkańcy wciąż gotują, piorą i kąpią się w źródłach, pod gołym niebem. Zabawna historia związana z jednym z niezamieszkanych domów głosi, że pewnego dnia jego mieszkańcy wrócili do domu i ze zdumieniem zastali w kuchni gejzer. W tym niezwykłym miejscu ta opowieść brzmi całkiem prawdopodobnie. Wokół Rotorua naliczyliśmy przynajmniej trzy inne wioski reklamujące się jako jedyne i prawdziwie niepowtarzalne. Whakarewarewa jest jednak zachwalana jako jedyna zamieszkana i co najważniejsze, nie będąca skansenem. Właściciele tej ziemi przekazują prawa do niej jedynie swoim rodzinom, ziemia nie może też zostać sprzedana.

W wiosce obejrzymy też typowy pokaz maoryskich tańców w tradycyjnych strojach, ale na szczęście pozbawiony znamion show. Wytatuowani wojownicy wymachujący przed nami pałkami, mimo że całkiem nieposągowi, wydali nam się bardziej autentyczni niż atletyczni herosi reklamujący popularne w okolicy pokazy typu światło i dźwięk . Najbardziej spodobała nam się ekspresja nienaturalnie wybałuszonych oczu i wyrzuconych języków podczas wojennego tańca Haka, mającego odstraszać wrogów, a w obecnych czasach głównie przeciwników drużyny All Blacks.

 

image

 

6. Zaginiony świat. Nowozelandzkie lasy 

 

image

 

Wystarczy wejść do jednego z Nowozelandzkich lasów, aby nagle przenieść się do zaginionego świata. Tropikalna gęstwina … Nie tego spodziewalibyśmy się po tutejszym chłodnym klimacie. Ogromne paprocie drzewiaste i porastające wszystko mchy tworzą atmosferę prawdziwego Parku Jurajskiego. Dodajmy do tego dziwaczne, niewystępujące nigdzie indziej na świecie ptaki i ma się wrażenie, że za chwilę pojawi się przed nami jakiś pterodaktyl. Na szczęście nie ma się czego bać, na wyspach nie spotkamy absolutnie nic gryzącego. No może poza koszmarnymi sandflies (meszkami). Wszystkie pełzające czy pływające paskudztwa postanowiły zamieszkać w Australii.

 

7. Ogrody i parki

 

image

 

Każde miasto Nowej Zelandii może się poszczycić pięknie utrzymaną zielenią. Rozległe parki i piękne ogrody są na wyciągnięcie ręki. Wszędzie czysto, ani jednego papierka czy psich odchodów. Ludzie odpoczywają wyciągnięci na trawie, rodziny rozkładają się z piknikami. Nigdzie zakazów deptania trawy. Wstęp zawsze bezpłatny. Bosko!

Mimo, że ogrody nie były dla nas celem podróży, w poszukiwaniu relaksu lub po prostu ładnego miejsca na lunch, odwiedziliśmy na Nowej Zelandii naprawdę mnóstwo parków. Na pewno warto zatrzymać się na chwilę w ogrodach botanicznych Auckland czy Christchurch, ale najpiękniejsze wydały nam się te z Hamilton i okolic New Plymouth. W Hamilton urzekły nas ogrody tematyczne: japońskie, angielskie, indyjskie, w typie renesansu włoskiego czy w stylu Tudorów. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Do New Plymouth warto zajrzeć ze względu na rozległy, uroczy Pukekura Park. Podobno najlepiej zobaczyć go podczas Festiwalu Świateł (grudzień/styczeń), ale na codzień też robi duże wrażenie. Kilkanaście kilometrów dalej znajdziemy jeszcze kilka fenomenalnych ogrodów (mapkę szlaku ogrodów dostaniemy w lokalnym i-site). My odwiedziliśmy pocztówkowy Tupare i Pukeiti, słynący z azalii i rododentronów, bajecznie kwitnących od września do listopada.

 

image

 

8.  Queenstown. Zastrzyk adrenaliny

image

 

Heliskiing, skoki na bungy, zorbing, super szybka przejażdżka jet boat’em, rafting, canyoning, skoki ze spadochronem, ziplining, czy po prostu loty widokowe helikopterem? Nowa Zelandia, a zwłaszcza uznawane za stolicę sportów ekstremalnych Queenstown, ma to wszystko i wiele więcej.

Nazwy nie brzmią znajomo? Nie dla tysięcy ściągających tu poszukiwaczy mocnych wrażeń. Ze wzgórza nad miastem podziwiamy jak małe, widokowe samoloty i helikoptery co chwilę przecinają niebo. Mijają nas downhill’owcy, w solidnych kaskach i ochraniaczach. Wybierają jedną z kilkunastu tras, aby zjechać na łeb, na szyję i za moment wyjechać gondolką z powrotem na górę i wybrać kolejną trasę. Zupełnie jak narciarze. Po stoku wije się trasa dla małych gokartów, a tuż obok do startu przygotowują się paralotniarze. Za plecami słyszymy donośny krzyk kogoś zjeżdżającego właśnie na tyrolce. W oddali, na jeziorze motorówki z gromadką rozradowanych turystów na pełnej prędkości kręcą bączki, zgrabnie wymijając inne pojazdy wodne.

Głowa pęka od nadmiaru dostępnych atrakcji. Nie na każdy portfel oczywiście. Sam skok na najsłynniejszym w kraju bungy to koszt około 500 pln. Całe szczęście dla naszego budżetu, że nie jesteśmy fanami takich rozrywek. Ale jeśli potrzebujecie zastrzyku adrenaliny, polecamy Queenstown!

 

image

 

9.  Białe czy czarne? Plaże

 

IMG_9193

 

Klasycznie białe lub alternatywnie czarne, do wyboru. Upałów raczej nie uświadczymy, ale zahartowanym miejscowym to nie przeszkadza. Pływają, surf’ują, kajakują. My raczej chronimy się przed wiatrem i daleko nam do rozebrania się do bikini, no chyba, że na Hot Water Beach, gdzie wystarczy podczas odpływu wykopać sobie dołek w piasku żeby mieć prywatny, ciepły basenik. Najpiękniejsze białe plaże znajdziemy na półwyspie Coromandel (polecamy New Chums i Cathedral Cove) i w Parku Narodowym Abel Tasman.

 

image

 

10. Wulkany

 

image

 

W Nowej Zelandii jest ich mnóstwo. Samo Auckland leży na kilkudziesięciu stożkach wulkanicznych. Z najsłynniejszego z nich, Mt.Eden rozciąga się piękny widok na centrum miasta z górującą nad nim Sky Tower. Warto wybrać się też na One Tree Hill i na zachód słońca do pobliskiego Devenport (najlepsze widoki oczywiście z jednego z dwóch stożków).
Najbardziej “klasyczne” wulkany na wyspach to znany pod dwoma imionami Mt.Egmont/ Taranaki i Ngauruhoe, grający Górę Przeznaczenia.
Pierwszy wyrasta wprost z mglistego, tajemniczego lasu, a szczyt często pokrywa czapa śniegu. Trzeba szczęścia żeby zobaczyć go w pełnej krasie. Przez większą część roku ukrywa się pod chmurami. Drugi perfekcyjny stożek otoczony jest pustynią zastygłej lawy i pyłów wulkanicznych. W czarno-czerwonych barwach, z dymiącymi fumarolami na szczycie, wygląda jak z piekła rodem.

 

image

 

11. Tramping

 

image

 

Tramping, czyli łazikowanie, to sport narodowy Kiwi. Przy tysiącach dostępnych i świetnie przygotowanych szlaków nie dziwi, że każdy Nowozelandczyk od małego chodzi na długie dystanse, biega i jeździ na rowerze w każdej wolnej chwili i w absolutnie każdej pogodzie. Dla Kiwi nie ma złej pogody (i gdy my chodzimy w polarach i czapkach, oni radośnie spacerują w krótkim rękawku, a ich trzylatek biega boso). Będąc na wyspach nie sposób nie dołączyć do tego sportowego trendu. A jak rozchodzimy się już jak miejscowi, na zdobycie czekają wyjątkowe wielodniowe szlaki po najpiękniejszych parkach narodowych Nowej Zelandii. O Great Walks i krótszych, a równie widokowych alternatywach piszemy tu.

 

image

 

12. Kea. Złodziejskie papugi

 

image

 

Kolorowe papugi w górach, na śniegu? Tylko w Nowej Zelandii zobaczycie te duże, alpejskie ptaki chętnie wydłubujące gumowe uszczelki z Waszego świeżo wypożyczonego auta. Lubią także wycieraczki, elementy plecaków i wszystko co jedzą turyści. Kea jest szalenie inteligentna i często działa w zespole. Lepiej uważać na to ptaszysko, bo jedna odciągnie Twoją uwagę pozując do zdjęcia, a dwie pozostałe pozbawią Cię drugiego śniadania, robiąc przy okazji dziurę w Twoim ulubionym plecaku. Są przy tym przezabawne i często kradną show innym atrakcjom.

 

image

 

13. Fiordland

 

image

 

Ośnieżone góry, wodospady, fiordy i lasy jak z Parku Jurajskiego, czyli w pigułce to co w Nowej Zelandii najlepsze zobaczycie na południu, w Fiordland’zie. Przez trzy czwarte roku wiatr urywa tu głowę i leje deszcz. Ale gdy coś już widać, jest przepięknie 🙂
To tu znajdują się trzy najbardziej znane Great Walks i fiord Milford Sound. Ten ostatni nawet w deszczu i we mgle nie prezentuje się źle 🙂 Fiord zamieszkany jest przez foki, na które na pewno natkniemy się w trakcie rejsu, a przy odrobinie szczęścia wpadniemy także na delfiny albo pingwina.

 

IMG_8513

 

14. Alpy Południowe

 

image

 

Nowa Zelandia ma swoje Alpy. Należące do nich Parki Narodowe Mt. Cook/Aoraki i Mt. Aspiring to jedne z piękniejszych miejsc w kraju. W tych dzikich górach znajdziemy ogromne przestrzenie, widoki po horyzont, ośnieżone szczyty, krystalicznie czyste jeziora i lodowce. W stosunku do innych parków NZ, niewiele tu wyznaczonych szlaków (chociaż i tak więcej niż będziecie w stanie przejść), ale to miejsce to raj dla zaprawionych wspinaczy (Mt. Cook National Park to prawie same trzytysięczniki i sporo lodowców) i miłośników backcountry, czyli chodzenia “na dziko” (to w NZ dozwolone i dosyć popularne). Gdy wdrapiemy się już na jakiś szczyt, nieprawdopodobnie czyste powietrze gwarantuje widoki sięgające setek kilometrów.

 

15. W niepogodę. Muzea

 

image

 

Jeśli nogi odmawiają Wam już posłuszeństwa, a pogoda nie zachęca do zdobywania kolejnych szlaków, na wyspach są oczywiście także muzea. Nie byliśmy w zbyt wielu, więc nasza rekomendacja nie będzie obiektywna, ale jedno z najlepszych w kraju to Te Papa w Wellington. Nam spodobało się jeszcze muzeum lotnicze Omaka Aviation Heritage Center. W pierwszym warto być żeby w niesztampowy sposób dowiedzieć się czegoś więcej o kulturze Maorysów, geologii i przyrodzie Nowej Zelandii. To ostatnie jest prywatną inicjatywą Petera Jacksona (tak, tego od Władcy Pierścieni) i może się pochwalić świetnymi rekonstrukcjami starych samolotów i realistycznymi dioramami.

 

 

  • Nowa Zelandia to kraj ludzi zyczliwych. Tu duzym nietaktem jest zly humor i narzekanie. Liczy sie za to usmiech i pomoc, ktora mozna komus ofiarowac. Kto, wie, moze wyjezdzajac z Nowej Zelandii nie zostawisz przyjaciol, a juz rodzine?

  • Kasia Makarska

    Ale widoki…
    Przyznam, że Nowa Zelandia mnie kusi i mam nadzieję, że pewnego dnia uda mi się spełnić marzenie. 🙂