Tam gdzie diabeł mówi dobranoc, czyli gdzie śpi podróżnik?

Dziś z perspektywy własnego wygodnego łóżka i pełnej znajomych przysmaków lodówki, przypominamy sobie z lekkim niedowierzaniem jak to było codziennie wychodzić poza swoją strefę komfortu i odkrywać nieznane. Przed wyjazdem obawialiśmy się wielu rzeczy. Czy będziemy musieli spać z karaluchami i jeść różne świństwa? Czy w zapadłych wioskach możemy się spodziewać problemów z transportem i czy zdecydujemy się podróżować po ponoć niebezpiecznej Ameryce Łacińskiej autostopem? Na wszystkie te pytania możemy dziś odpowiedzieć “tak”, ale okazało się, że nie taki diabeł straszny 🙂

Jeśli jesteście ciekawi jakie warunki życia czekają podróżnika na budżecie w podróży dookoła świata, zapraszamy do lektury! Opowiemy Wam o tych wszystkich miejscach gdzie przyszło nam spać, dziwnych środkach transportu i czasem nieco podejrzanym jedzeniu.

Dziś część pierwsza…

Niecodzienne noclegi

Nasze wyobrażenie o Ameryce Centralnej, od której miała się rozpocząć podróż, było dosyć mgliste. Lonely Planet wskazywało wprawdzie, że istnieją tam hotele, pensjonaty, a nawet hostele, ale o sytuacji w mniejszych miejscowościach poza turystycznym szlakiem przewodnik raczej milczał. O hotelach i eleganckich hacjendach mogliśmy i tak zapomnieć, nastawialiśmy się na najtańsze opcje.

Na szczęście nasza trasa zaczynała się na turystycznym Jukatanie, a dokładnie w nowoczesnym Cancun. Z obawy przed zaporowymi cenami  pierwszy nocleg znaleźliśmy na kanapie u miejscowej rodziny.

 

 

 

1. Coachsurfing – wzloty i upadki

IMG_0009

Liczyliśmy, że przez Coachsurfing poznamy wielu lokalsów i trochę zaoszczędzimy na noclegach. W trakcie półtora roku udało nam się jednak skorzystać z tej formy zamieszkania zaledwie pięć razy, z czego trzy w Meksyku. W Ameryce Centralnej i Południowej, z wyjątkiem kilku dużych miast, portal okazał się nie tak popularny jak sądziliśmy. Większość użytkowników nie odpisywała na wiadomości lub jakby celowo, robiła to po czasie zaplanowanego przez nas pobytu. Z profili i komentarzy wynikało, że wielu miejscowych liczyło głównie na wspólne imprezy lub poznanie samotnej dziewczyny. Obecność Łukasza nie zwiększała zatem naszych szans. Nam z kolei ciężko było z dużym wyprzedzeniem określić kiedy w dane miejsce dotrzemy i jak długo zabawimy.

Zdążyliśmy jednak doświadczyć wszelkich rodzajów gościnności, a każdy host okazał się zupełnie inny. Od przemiłej meksykańskiej rodziny z Cancun, przez pewną bałaganiarę, u której spędziliśmy dwie bardzo niewygodne noce w hamaku i na podłodze, ale poznaliśmy cudowną brazylijską parę (innych gości), aż po spartańskie warunki u artysty z San Cristobal, który liczył, że będziemy z wdzięczności go utrzymywać .

Coachsurfing okazał się mieć więcej minusów niż sądziliśmy. Dwoje ostatnich gospodarzy było conajmniej dziwnych, a w ostatnim miejscu zimno, brud i lodowaty prysznic na długo zniechęciły nas do korzystania z czyjejś gościnności. Odważyliśmy się dopiero w argentyńskim Bariloche, gdzie poznaliśmy uroczą Marianelę, z którą do dziś pozostajemy w kontakcie. Najbardziej oszałamiającą kanapę zaoferowano mi jednak w Nowej Zelandii gdy Łukasz na własne życzenie odmrażał sobie tyłek w namiocie na lotnisku szybowcowym. Nie mogłam uwierzyć we własne szczęście gdy pewien milioner zaoferował mi swoją willę z prywatną sypialnią, z widokiem na fiord i z jacuzzi na tarasie.

IMG_6209

Myślicie pewnie, jak ja wówczas, że szukał towarzystwa? Otóż, wcale nie, nie było go w kraju. Mną zaopiekowała się jego gosposia, a “kanapa” okazała się najbardziej luksusowym noclegiem z całej podróży.

 

2. Hostele – klima, karaluchy i bed bugs

IMG_0200

Mało oryginalny, ale najtańszy i najbardziej powszechny typ noclegu. Najtańsze są oczywiście duże, 10-12-osobowe sale. Bywa tłoczno i głośno, ale szybko można się przyzwyczaić. Najgorszy jest upał, a pokoje z klimatyzacją wiadomo, droższe. W gorących krajach hostelowe powietrze jest lepkie i gęste. Mielone wielkimi wentylatorami stoi w miejscu, zwłaszcza pod moskitierą. Gdy trafi się klimatyzacja, radość jest ogromna, ale krótkotrwała. Mimo trzydziestu stopni za oknem często budzimy się zmarznięci na kość. Jakoś rzadko da się ten cud techniki wyregulować tak żeby wszystkim pasowało.

Hostele z przewodnika omijaliśmy szerokim łukiem. Gdy jakaś miejscówka tylko się w nich pojawi, ceny rosną, a standard często spada. Prawie wszędzie niezawodnie działa za to Hostelbookers i Hostelworld. W małych wioskach lub tak drogich destynacjach jak wyspy Galapagos, po prostu pytamy o nocleg na miejscu. Hostele czy kwatery prywatne bez strony internetowej są z reguły najtańsze. W hostelach warunki są na ogół dobre, ale zdarzają się wyjątki. Jak w pewnym przybytku w kolumbijskiej Santa Marcie, gdzie czekała na nas ciemna, śmierdząca nora, a Łukasz obudził się rano cały pogryziony przez pluskwiaki (bed bugs). Rozkoszna recepcjonistka zapewniała nas, że to na pewno alergia pokarmowa 🙂

IMG_9416

Innym razem, w Hondurasie właściciel zdziwił się gdy zażądaliśmy zmiany całkowicie podartej i poplamionej pościeli. Nie chcę wiedzieć co działo się wcześniej w tym łóżku 🙂  W Meksyku nie mieliśmy innego wyjścia niż zatrzymać się na noc w obskurnym, przydworcowym hoteliku. Pokój, bez okien i cały wyłożony kafelkami, przypominał rzeźnię. W takich miejscach spaliśmy, w specjalnie do tego celu zakupionym, prześcieradle-kokonie i bardzo staraliśmy się nic z niego nie wystawiać, aby nie zostać zeżartym przez mieszkańców lokalnych pieleszy.

Jeśli już mowa o stworzeniach, z którymi przyszło nam mieszkać, poza niemiłymi spotkaniami z bed bugs, częstym gościem bywały karaluchy.  Wstając w nocy warto zapalić najpierw światło żeby towarzystwo przerwało imprezę i rozeszło się po szczelinach. Nie pomagało to jednak na giga karaluchy zamieszkujące nasz domek w dżungli amazońskiej. Skubańce mierzą na oko koło 10 cm, latają i nie mają wątpliwości “kto tu jest gościem”. Codziennie rano wkładając rękę do kosmetyczki wyjmowałam ją z wrzaskiem. Na dłoni siedział i machał do mnie czułkami na powitanie całkiem dorodny okaz. Najgorsze było jednak gdy w gorącym Belize obudziło mnie pacnięcie w twarz karaluchem, który spadł z łóżka nade mną.

 

 

 

3.  Na łonie natury – w górach, na plaży i w dżungli

IMG_0773

Skoro natura nieraz przychodziła do nas i my postanowiliśmy wyjść jej naprzeciw. W       Kostaryce zamieszkaliśmy na kilka dni w dżungli. Nasz “apartament” miał jedynie dwie ściany z dykty i dach, a z wyposażenia łóżko z moskitierą. Leżąc w oglądaliśmy tukany, słuchaliśmy papug i staraliśmy się wykombinować jak by tu wyciągnąć sporego i zapewne jadowitego pająka, który wprowadził się do mojego plecaka. 🙂

IMG_8600

IMG_8266

Również w tym kraju na kilka dni zamieszkaliśmy w bardzo ażurowym domku na drzewie, spełniając dziecięce marzenie. 🙂  Z kolei w drodze do Ciudad Perdida,  ruin kolumbijskiego zaginionego miasta, znajdującego się trzy dni drogi od najbliższej wioski, przyszło nam spędzać noce w hamakach. Idealne na kilkugodzinny relaks, nie są wbrew pozorom najwygodniejszym miejscem do spania. Rankami, obolali i powykręcani,  cicho złorzeczyliśmy, że zachciało nam się przygód a la Indiana Jones.

IMG_9352

Do listy wspaniałych noclegów w naturze, na pewno możemy dodać kilka w „million stars hotel”, w tym mój ulubiony na Glovers Atol, malutkiej, niemal bezludnej wyspie na morzu Karaibskim (więcej o wyspie przeczytacie tu). Spędziliśmy tam tydzień w namiocie bez prądu i wody, dodajmy, w namiocie rozbitym dziesięć metrów od najpiękniejszej rafy koralowej jaką widzieliśmy. Zaraz po śniadaniu zakładaliśmy maskę i płetwy, po czym wskakiwaliśmy do wody zastanawiając się czy dziś spotkamy płaszczkę, rekina czy może żółwia morskiego. Wieczorem zaś kraby pustelniki zakradały się do naszego lokum próbując podkraść nasze świeżo rozłupane kokosy. Palmy usypiały nas do snu również na wyspach Tonga.

IMG_3342

Ale żeby nie było tylko tak sielsko i uroczo, w namiocie marzliśmy i podtapialiśmy się w górach Nowej Zelandii. W nocy słuchaliśmy nawoływań niewidocznych ptaków kiwi i staraliśmy się nie dać zeżreć wyjątkowo żarłocznym meszkom, zwanym sand flies. Śniło mi się, że tonę, a po przebudzeniu okazało się, że połowa naszych rzeczy, łącznie ze śpiworem, faktycznie pływa.

Niewiele więcej nocnego wypoczynku zażyliśmy w wysokich, kolumbijskich górach gdy w merynosowych rajtuzach, swetrach, śpiworze i pod pięcioma wełnianymi kocami, ledwo mogliśmy oddychać, ale przynajmniej było na tyle ciepło żeby zmrużyć oko. Prawdziwym wyzwaniem było za to wstawanie. W domku nie było ogrzewania ani ciepłej wody. Jedynie w pomieszczeniu jadalnym przez cały dzień płonął ogień w palenisku, więc przy śniadaniu można było zdjąć czapkę i rękawiczki. Mycie na misce gdy temperatura spadała poniżej zera odbywało się z konieczności raczej pobieżnie.

 

 

 

4. Klimatyczne noclegi – hacjenda, estancia i fale

IMG_5167

Wśród zwykłych hosteli i różnych, mniej lub bardziej spartańskich przybytków, czasami, w mieścinach gdzie turyści docierają rzadko, trafiały nam się miejsca z duszą, prawdziwe perełki.  W bardziej znanych rejonach perełki takie na ogół kosztują niemało, ale nie w tych przez Boga i ludzi zapomnianych  miejscach.  Wiekowa hacjenda, w której byliśmy jedynymi gośćmi, z zewnątrz niczym się nie wyróżniała. W środku kryła przestronne pokoje wyposażone w zabytkowe meble, piękną fontannę i tajemniczy ogród.  Z kolei argentyńska estancia, ranczo należące do pewnego gaucho, pozwoliła nam naładować akumulatory na długie miesiące. Zdecydowanie pomogła w tym wspaniała rodzinna atmosfera, rozpływające się w ustach steki i argentyńskie  wino. Do tego nauka jazdy konnej i wspaniała przyroda. Mogliśmy godzinami wpatrywać się w pełną kajmanów rzekę Corrientes i rozległe pastwiska, po których obok tysięcy krów (źródła steków) i półdzikich koni, biegały strusie nandu i kapibary.  Jeszcze długo brakowało nam tego miejsca i ludzi.

IMG_1420

Kolejną oazę spokoju znaleźliśmy dopiero po drugiej stronie planety, na egzotycznych wyspach Tonga. Tu nie było luksusów, ale w prostej chacie z liści palmowych, zwanej fale, poczuliśmy się jak w domu.

 

 

 

5. Mobilnie 

van na NZ

Gdy wraz z dotarciem na Antypody, nawet hostele i publiczny transport stały się dla nas zbyt drogie, znaleźliśmy rozwiązanie w postaci samochodu. Na Nowej Zelandii wynajęliśmy vana, który na kilka tygodni stał się naszym domem ( o życiu koczownika możecie przeczytać tu). To ekonomiczne rozwiązanie sprawdziło się na tyle, że w Australii postanowiliśmy kupić podobny wehikuł. Na dwa miesiące zamieszkaliśmy więc w samochodzie, z drewnianą zabudową służącą za łóżko i schowek na rzeczy osobiste i kuchenno-kempingowy sprzęt. Na bezkresne i niemal bezludne przestrzenie sprawdził się idealnie i zapewnił nam wolność nocowania w dzikich ostępach i na nieco bardziej cywilizowanych kempingach. W porównaniu do spania na rozłożonych przednich siedzeniach w aucie osobowym, co uskutecznialiśmy z braku innej opcji podczas ostatnich kilku dni na Nowej Zelandii, nasz vanik był szczytem komfortu (więcej o naszym Platypusie już niebawem, w kolejnym wpisie).

IMG_0007

 

 

A jakie są Wasze niezwykłe miejsca, w których przyszło Wam spać? 🙂

Jeśli jesteście ciekawi niecodziennych smaków naszej podróży, a także jak podróżuje się chickenbusem, gdzie na stopa można złapać uzbrojony konwój policji i jakie miejsca najlepiej odkrywać tuktukiem, zapraszamy do śledzenia naszych kolejnych wpisów!

 

 

Inne wpisy, które mogą Cię zainteresować

  • Niezłe doświadczenia z tymi noclegami! Hmmm…. Chatka w afrykańskim buszu! 🙂

  • Olo

    Najlepszy nocleg jaki mieliśmy to wspomniane przez Was fale, tylko w naszym wykonaniu – samoańskie. Najtańsze zakwaterowanie jakie można dostać, tuż przy wodzie, przewiewne, a szum fal kołysze do snu – niezapomniane! Raz trafiliśmy gorzej, bo za ścianę robiło kilka plandek, które musieliśmy na noc rozwinąć, bo padało, a przy mocnym wietrze te trzepotały, więc mieliśmy niemałe problemy z zaśnięciem:D
    A w NZ faktycznie najlepszym sposobem na podróż jest własne auto z łóżkiem – niesamowita niezależność. Smuteczek, że za dwa miesiące przyjdzie nam sprzedać naszą furkę i opuścić tak piękny kraj, ale przed nami Australia, więc nie ma tego złego…:)

  • Dee

    Nienawidzę robactwa. Też zdarzyło mi się mieszkać z karaluchami i wtedy zazwyczaj spałam przy zapalonym świetle. Jeśli to można nazwać spaniem. Nie zazdroszczę wam tych noclegów, za to tych hiacend to jak najbardziej

  • Ach, jakie noclegowe doświadczenia! Moje wypadają przy Was bardzo skromnie 🙂 Jak dla mnie argentyńskie ranczo i bezludna wyspa wygrywają, sama chętnie bym w tych miejscach zanocowała. Też mam doświadczenia z wielkimi karaluchami, na szczęście żaden nie wpadł na pomysł, żeby obudzić mnie plaśnięciem w twarz 🙂

    • Dorota

      Niezapomniane przeżycie 😉

  • Noclegi na łonie natury – TAK!!! 😀 uwielbiam tak spać. Z takich najbardziej niezwykłych miejsc do spania na dziko spałem na Placu Św. Piotra, na lotnisku w Moskwie (parking hotelu lotniskowego 😉 czy w górach Durmitor w Czarnogórze